Skip to content
21 sty / Wojtek

„Bohemian Rhapsody”

To dla mnie wciąż piosenka wyjątkowa, jedna z ważniejszych w historii muzyki XX wieku. Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłem,  że ten hit wszechczasów jest dopiero pod koniec drugiej setki na  liście Rolling Stone Top 500. To także jedna z tych piosenek, których nie da się, a przynajmniej nie powinno się, kowerować. Tymczasem…..

Utwór uważany za jedno z ważniejszych osiągnięć grupy Queen, to od początku, czyli od pomysłu, przez realizację, aż do sposób promocji, projekt frontmena kapeli, Freddiego Mercurego. Znaczenie tekstu autorstwa Freddiego  było obiektem wielu spekulacji i teorii. Rodzice wokalisty, głęboko wierzący zaratusztrianie, zdecydowali się w 1964 roku wyemigrować z Zanzibaru, gdzie wtedy mieszkali, z powodu wojny domowej – niektóre fragmenty mogą być odczytane jako nawiązanie do opuszczenia rodzinnego kraju. Inna opowieść wspomina o samobójcy ściganym przez demony albo przedstawia zdarzenia poprzedzające egzekucję, wskazując na powieść Alberta Camus’a Obcy, jako prawdopodobne źródło inspiracji. Sam Mercury, niechętnie wypowiadający się o własnej twórczości, odpowiadał, że to przypadkowy zbiór słów. A słów dziwnych jest sporo, zwłaszcza w kontekście religijnym i muzycznym – nie było tajemnicą, że muzyk był zafascynowany operą. Słyszymy więc tu między innymi słowa: Scaramouche (postać z komedii dell’arte), Figaro (postać często występująca w operach buffa), Galileo, Belzebub (hebrajskie imię demona), Dismallah (z hebrajskiego: w imię Allaha), fandango (hiszpański taniec ludowy).

Piosenkę nagrano w 1975 roku, czyli w czasach, w których możliwości techniczne były znacznie skromniejsze od dzisiejszych. Wtedy dostępny był tylko zapis analogowy na 24-ścieżkowej taśmie magnetycznej. Stąd nagrania trwały wyjątkowo długo i w kilku różnych studiach. Koordynatorem całego przedsięwzięcia był Mercury, który jako jedyny wiedział, jaki ostateczny kształt ma mieć utwór. Dla przykładu – imponujące partie wokalne to efekt śpiewania przez muzyków (Brian May, Roger Taylor, Mercury) swoich partii po kilkanaście godzin dziennie, uzyskując 200 osobnych ścieżek. W nagraniach partii instrumentalnych wzięło udział wiele różnych instrumentów, jak chociażby pierwszy model gitary basowej Fendera P-bass, czy fortepian koncertowy Bechstein. Nic dziwnego więc, że „Bohemian Rhapsody” był jedną z najdroższych produkcji w dziejach muzyki tzw. popularnej.

Również promocja utworu nie była taką formalnością, jak można by sądzić dziś oceniając jego sukces. Wytwórnia płytowa, a także stacje radiowe nie chciały grać piosenki z uwagi na jej długość (5 minut i 55 sekund). Warunkiem wydania singla było poddanie utworu przeróbkom, czemu członkowie zespołu stanowczo się sprzeciwiali. Ostatecznie zdesperowany Merkury dał nagranie piosenki londyńskiemu didżejowi z Capitol Radio i w ten sposób piosenka przedostała się do tysięcy, a potem milionów słuchaczy.

Zastanawiając się nad sensem kowerowania, należy sobie odpowiedzieć z czego składa się piosenka i które jej elementy można traktować swobodnie. Jak już wielokrotnie analizowaliśmy, podstawowe składniki utworu, tekst i muzyka, raczej nie powinny być zmieniane. Chociażby z szacunku dla autorów, ale nie tylko. Jeśli ktoś ingeruje w podstawowe tworzywo utworu, to tak jakby chciał coś poprawić. Jeśli ktoś ma lepsze pomysły, to niech je zaprezentuje w swoim, zupełnie nowym utworze. Jedyny element, który naprawdę mieści się w zakresie kowerowania, to interpretacja – tempo, nastrój, aranżacja. W przypadku „Bohemian Rhapsody” trudno jednoznacznie stwierdzić gdzie kończy się muzyka (jako kompozycja), a zaczyna interpretacja. To wszystko, co słyszymy w wykonaniu Queen, tworzy spójną całość. Wszak to dzięki temu ostatecznemu kształtowi utwór stał się ikoną XX wieku.

Jeśli więc ktoś próbuje wykonać ten utwór po swojemu, to może pokusić się na – jedynie w miarę wierne – odtwórstwo, tak jak zrobiła to słynna orkiestra symfoniczna.

W tym nagraniu dochodzi do paradoksu – orkiestra symfoniczna próbuje dogonić geniusz oryginału piosenki. Podejrzewam, że gdyby ktoś nie znał wcześniej wykonania Queen, mógłby pomyśleć, że to właśnie wykonanie instrumentalne było inspiracją dla nagrania w wykonaniu kapeli popowej.

Następne nagranie jest jeszcze bardziej symfoniczne. To niemalże miniatura romantyczna.

Przesłuchując wiele (niestety) wersji tej piosenki doszedłem do wniosku, że znacznie bezpieczniej jest potraktować ją jako ilustrację nowej opowieści. Coś w klimacie zaimplementowanym w filmie „Moulin Rouge!”. Wersja kanadyjskiego aktora, Williama Shantera jest właśnie w tej konwencji. Ciekawego  smaczku dodaje jeszcze postać wykonawcy –  aktor gra jedną z głównych ról w serialu Star Trek. Takie nagranie z założenia nie jest artystyczne w sensie muzycznym, a ma pokazać jedynie nową wizję na odczytanie tego wielowarstwowego utworu.

Richard Cheese, specjalista kowerowania wszystkiego, pokazuje, że jest kopalnią pomysłów. Jego wersja jest bardzo twórcza, wręcz odkrywcza. Nie jestem pewien czy to nie jest przekroczenie pewniej granicy. No właśnie. Przyzwyczailiśmy się, że uznane utwory są nietykalne, że to świętość niczym  relikwie obrzędowe. Cheese przekracza te właśnie granice naszej wyobraźni, a to czy nam się to podoba zależy od tzw. estetycznego progu bólu.  Co by jednak nie powiedzieć, gdyby ustanowić oddzielną kategorię „ćwiczenia z…”, to niewątpliwie to wykonanie mogłoby się bić o palmę pierwszeństwa.

Amerykański duet The Braids nagrał wersję R&B jako soundtrack do filmu High School High.  Taka wersja, pomimo że wykorzystuje jedynie fragmentu pierwowzoru, na pewno może się podobać. Zwłaszcza, że to kolejny przykład na ilustrowanie zupełnie innej historii – w tym przypadku scenariusza filmowego. Po kilku latach bardzo podobna wersję nagrał zespół Fugees.

W 1992 roku, podczas koncertu ku czci Freddiego Mercurego,  doszło do ciekawego wykonania. Pierwszą część utoworu wykonał Elton John, fragment środkowy, tzw. operowy, odtworzono (muzycy zeszli ze sceny), a część rockową wykonał Axl Rose, wokalista Guns N’Roses. Końcówkę artyści zaśpiewali wspólnie.

I to właśnie nagranie może być dobrym zakończeniem naszej przygody z wielkim utworem grupy Queen. Tak długo jak są artyści, którzy wykonują ten wielki repertuar, i tak długo jak są tłumy ludzi, którzy się wzruszają i cały tekst śpiewają z wykonawcą, tak długo będziemy przekonani, że gwiazda  Freddiego Mercurego jeszcze długo nie zgaśnie.

 

komentarze 2

zostaw komentarz
  1. Dziako / 23 sty 2013

    To moim zdaniem najlepsza piosenka Queen. Całkowicie Rock N’ Rolowa piosenka w połączeniu z zamiłowaniem Freddiego operą i chórami z lat 70. Geniusz.

  2. Krzyniu_pyniu / 29 sty 2013

    Całkowicie zgadzam się z kolegą Dziakiem! Piękny kawałek, wspaniałe wspomnienia i wielki geniusz Freddiego! Wbija w fotel i nigdy się nie nudzi!!

Zostaw komentarz

*

code