Bovska – „Jestem wierszem” [RECENZJA]
Chyba zrobiłem sobie krzywdę – pisząc o płytach, cały czas staram się, aby na przemian był to krążek polski i zagraniczny. Przez ostatnie 2 miesiące obcowałem głównie z muzyką obcą, bo tak się składa, że w naszym kraju firmy fonograficzne robią sobie latem wakacje, a za granicą nie. I dobrze, bo dzięki temu poznałem kilka świetnych krążków, ale……Kiedy w Polsce już się obudzono, to, muzyka, której słuchałem jakoś dziwnie zaczęła mnie razić. I pewnie nie dla tego, że jest takka słabe, ale bardziej w kontraście do tego, co robi się na świecie. W pierwszej kolejności padło na Bovską, artystkę, której słucham od jej debiutu.
Im dłużej słucham tej płyty, tym coraz bardziej mi się podoba, a to już jest niebezpieczne. Chyba wpadam w pułapkę stacji radiowych – nie ma piosenki, z której nie da się zrobić przeboju. Trzymam się jednak pierwszego wrażenia, bo tu wszystko jest jakby nie z tej epoki, kwadratowe melodie i nieco manieryczna wokalistka (skąd w Polsce się wzięła moda na podwójne samogłoski, jak tutaj np. ciaŁŁo). Honoru płyty bronią dwie piosenki, bo duety z panami przywracają nadzieję, że jednak Bovska taka kiepska nie jest. Najpierw „Tsunami” z Wiktorem Dydułą, a potem „London”, w którym świetnie wokalistce partneruje Piotr Rogucki.
Bovska na pewno poszukuje swojej stylistycznej muzyki, jednak wcześniej było chyba atrakcyjniej. Dobrze, że artystka kontynuuje swoją opowieść o uczuciach i emocjach – obok jej tekstów nie można przejść obojętnie, dlatego szkoda, że zbyt często towarzyszą im zbyt banalne linie melodyczne. Na osłodę mamy warstwę instrumentalną, naturalną i nieprzekombinowaną. Może więc ta płyta nie jest aż taka zła?
6/10








