Daniel Caesar – „Son of Spergy” [RECENZJA]
Pisząc o poprzednim albumie artysty miałem wrażenie, że to zapowiedź czegoś nowego. I chyba wykrakałem, bo w „Son of Spergy” Daniel Caesar pokazuje swoją nową, nostalgiczną i refleksyjną twarz. Co prawda wcześniej artysta zawsze był nieco introwertyczny, nawet w piosenkach bardzo popularnych, albo wręcz radosnych z innymi wykonawcami – tak było np. w tanecznej „Peaches”, gdzie Justin Bieber i Giveon świetnie się bawili, a Caesar, jako spójna część tego wykonania, był jakby obok, ciągle w swoim świecie.
„Son of Spergy” to piąty album Kanadyjczyka, a tytuł nawiązuje do pseudonimu ojca artysty, wokalisty gospel, tutaj pojawiającego się w jednej z piosenek. Jest też brat, występujący pod pseudonimem 646yf4t, jest także kilku innych, mało znanych gości. Jedynie Bon Iver to artysta rozpoznawalny – z jego udziałem „Moon”, jeden z trzech singli.
Caesar jest autorem wszystkich piosenek, ale przy ich tworzeniu współpracowało kilka osób, jeszcze dłuższa jest lista producentów. I to zadziwia najbardziej, bo każda piosenka zrealizowana jest bardzo misternie i z klasą, a fragmenty, gdzie artyście towarzyszy tylko jeden instrument, to znak charakterystyczny albumu. I właśnie dwie w tym klimacie piosenki: „Have a Baby (With Me)” i „Emily’s Song” – to moje ulubione w tym albumie.
To na pewno inny album niż wszystkie poprzednie, jakby artysta przestawał ukrywać swoją nieśmiałość. Nie ma tu wielkich przebojów, piosenek, które na koncertach śpiewa publiczność. Jest tu jednak jakaś tajemnica i to coś, co przyciąga. I przywiązuje.
9/10








