Chris Brown – „BROWN” [RECENZJA]
Chris Brown lubi nagrywać długie albumy, bo to już trzeci z kolei trwający ponad godzinę. Dla mnie za długo, ale paradoksalnie w branży takie pomysły są dobrze odbierane – poprzedni, trwający 110 minut „11:11” uhonorowano nagrodą Grammy.
Ten artysta na pewno wie, jak się robi dobrą, nowoczesną muzykę. Już od pierwszego utworu „Leave Me Alone” słyszymy umiejętność pisania dobrych piosenek, zwłaszcza aranżacji, bo tu jest bardzo klasycznie, ale stylowo i atrakcyjnie. Potem niestety już tak dobrze nie jest. W natłoku 27 utworów zaczynamy się gubić, robi się przewidywalnie i po prostu nudno. Na szczęście jest kilka piosenek zwracających uwagę swoją konstrukcją i nietuzinkowością, jak „Colours” i „Your Time”. Zresztą odnoszę wrażenie, że im bliżej końca, tym ten album jest ciekawszy. Nie wiem dlaczego tak się stało, zwłaszcza że najciekawsza dla mnie piosenka, „Holy Blindfold”, jest umieszczona jako przedostatnia.
Honoru bronią tu liczni goście, bo niektóre piosenki z ich udziałem się wyróżniają. Myślę tu o „Fuck and Party”, w którym artyście towarzyszy jamajski muzyk Vybs Kartel. Są też: „Slow Jamz” z niezawodnym Lucky Daye i „Fallin, a w nim Leon Thomas.Gdyby z tych wszystkich piosenek wybrać tylko część, na pewno mniej niż połowę, to prawdopodobnie moglibyśmy mówić o albumie wybitnym. Ale, niestety, co za dużo, to niezdrowo. Nawet w przypadku tak doświadczonego artysty.
8/10







