Skip to content
20 lipiec / admin

Cory Henry – „Something to Say” [RECENZJA]

Czy może być coś lepszego od grania w Snarky Puppy? Przecież niemalże każdy muzyk o tym marzy, i na marzeniach musi się skończyć. A Cory Henry miał tę przyjemność, mimo to postanowił pójść swoją, solową drogą. Tutaj przypominają mi się podobne życiorysy PJ Mortona, pianisty Maroon 5 i perkusisty Jamisona Rossa. Ci panowie, znani wcześniej jako świetni instrumentaliści postanowili spróbować swoich sił solowo i to jako wokaliści. Słuchając wydanego w ubiegły  roku czwartego albumu Henry’ego nie mamy wątpliwości, że obcujemy ze znakomitym muzykiem. Bo wcześniej artysta grał z wieloma znakomitościami, jak choćby: Bruce Springsteen, Boyz II Men,Kenny Garrett, i Yolanda Adams. A gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości, to kropkę nad i postawił Quince Jones wybierając tego muzyka do swojego projektu „Soundtrack of America”.

„Something to Say”  to 11 autorskich utworów utrzymanych w ciekawym klimacie, z dużą muzykalnością i świadomością wykonawczą. Piosenki są ciekawe i dobrze wykonane, ale tak naprawdę. to każdej czegoś brakuje. Nie umiem tego nazwać, odniosłem jednak wrażenie, że w każdej piosence zapomniano o jakimś magicznym drobiazgu, który spowodowałby, żeby coś nam urwało. Najbliżej tego urwania jest podczas słuchania piosenki „Black Man”, ale to też jednak nie jest utwór, który zdobędzie ogromną publiczność, podobnie jest z otwierającym album utworem „Don’t Forget”. Najciekawiej dla mnie jest w „Say Their Name”, jedynym utworze instrumentalnym.

Ta płyta to przyjemność słuchania, ale też świadomość, że za oceanem jest tylu świetnych artystów, że nawet takie znakomitości jak Cory Henry długo będą wokalistami drugiego rzędu. Z drugiej strony można się zastanowić, czy dobry muzyk na pewno woli być artystą mniej znanym, niż takim, który dla rozpoznawalności gra byle co?

8/10

 

 

Zostaw komentarz

*

code