Skip to content
17 maj / admin

Cory Wong – „Power Station” [RECENZJA]

W ciągu ostatniego roku o płytach tego artysty pisałem dwukrotnie. Niedawno był to album „Wong’s Cafe”, który tak naprawdę był kolejną produkcją zespołu Vulfpeck, bo z nim artysta był związany od początku. Nieco wcześniej, w połowie ubiegłego roku, był krążek ze szwedzkim zespołem Dirty Loops. Teraz mamy „Power Station” – ponad godzina muzyki, mieszanka wielu stylistyk. Jakby artysta chciał udowodnić, że potrafi zagrać wszystko. I z każdym.

O jakości poszczególnych utworów świadczą goście, na 15 utworów 12 zostało nagranych z zaproszonymi artystami, a ci decydują o stylistyce. Jedynie w 3 solowych można mówić o spójności, jest rasowo i interesująco. I dramaturgia płyty rozwija się bardzo logicznie. Najpierw zanurzamy się w klimatach, z którymi artysta kojarzy się nam najbardziej. Jest więc uznany producent i wokalista, znany głównie z muzyki elektronicznej Big Wild. Wokalnie też świetnie radzi sobie kanadyjski duet elektrofanku Chromeo, i znany z wcześniejszej współpracy z Vulfpeck Joey Dosick. W sferze komfortu są jeszcze nagrania ze znakomitymi instrumentalistami, Markiem Lettieri, gitarzystą Snarky Puppy, basistą i producentem Wiktorem Wooten, gitarzystą Larry Carltonem i gitarzystą Nate Smithem. Później robi się coraz bardziej zaskakująco. Najpierw dwa utwory z artystami bluegrassowymi: Billy Strings i Sierra Hull. A na koniec największe zaskoczenie, udział wirtuoza banjo Beli Fleck. Robi się zupełnie inaczej, takiego Cory Wonga jeszcze nie słyszeliśmy.

Bo tutaj każdy utwór urzeka czymś innym. Dla mnie najciekawsze są te instrumentalne, zwłaszcza w stylistyce artyście najbliższej, jak „Concrete”, czy „News to Me”. Ale właściwie każda pozycja zainteresuje każdego melomana szukającego w muzyce czegoś świeżego. Ja znalazłem.

9/10

Zostaw komentarz

*

code