Daria ze Śląska – „Halo. Co jest grane?” [RECENZJA]
Daria ze Śląska to raczej krótki życiorys, repertuar też nie dla każdego, a mimo to jej obecność na naszej scenie jest dosyć wyraźna. Co prawda artystka nie wytrzymała ciśnienia – po świetnym debiucie ukazała się dużo gorsza płyta. Teraz, po 2 latach, artystka przypomina, że jest interesującą artystką, a to, co było w poprzednim albumie, to wypadek przy pracy, albo raczej cena, jaką się płaci za szybką popularność.
„Halo. Co jest grane?” to płyta osobista, opowiadająca o blaskach i cieniach, zwłaszcza cieniach codziennego dnia osoby, która mimo sukcesu w szołbiznesie nadal jest człowiekiem, jak każdy z nas. I na pewno artystka przyzwyczaiła się już do swojej nowej roli, jest bardziej świadoma i gotowa na reakcje słuchaczy – przestała ukrywać się pod czapkami z daszkiem i kapturami, a piosenki są raczej proste w przekazie, ale to zaleta tego materiału. Płyta bardzo dobrze się rozpoczyna, bo „Trudno jest być sobą” to znakomite wprowadzenie do klimatu albumu, oprócz tego chyba najciekawsza tutaj piosenka.
Słabą stroną tego materiału jest muzyka, przy której artystce pomagali stali współpracownicy, a także członkowie zespołu grającego z nią w trasie. Tym kompozycjom brakuje charakteru, są przeźroczyste, ani dobre, ani złe, jednak niewiele z nich pozostałoby, gdyby nie teksty. Niestety w drugiej części albumu robi się dziwnie: najpierw bardzo przypominająca jedną z piosenek Izabeli Trojanowskiej „JPRDL”, a za chwilę kompletnie z innej bajki „Pan ze stolicy”. Honoru tu broni „Len”, ale głównie dzięki udziałowi Fisza – jest interesująco i jakby bardziej rasowo.
Ciągle żałuję, że Daria ze Śląska nie jest już tą samą artystką, którą zachwyciłem się po pierwszym albumie. Jednak teraz jestem skłonny uwierzyć, że jest na dobrej drodze, aby do tego poziomu wrócić.
7/10








