Skip to content
4 lut / admin

Dirty Loops – „Phoenix” [RECENZJA]

Ta płyta spadła na mnie znienacka. I przyniosła kilka niespodzianek, a największą z nich jest to, że muzyka z „Phoenix” nie chce się odczepić.

Niespodzianka nr 1. – i cóż że ze Szwecji.

Tak, to może być zaskoczenie, bo zespół grający tę brzmiącą bardzo amerykańsko muzykę pochodzi ze Szwecji. Zespół zaczął typowo, jako wykonawca umieszczanych w sieci coverów, występując także na lokalnych koncertach. W ten sposób  kapela zdobyła pewną rozpoznawalność, ale dopiero wyjazd do USA zaplanowany jako poszukiwanie złotego runa, czyli kontaktów tamże właśnie, zaowocował kontraktem z legendą producencką Davidem Fosterem (m. in.: Aretha Franklin, Al Jarreau, Dolly Parton, Michael Jackson, Michael Buble, Celine Dion). I zaczęło się imponująco –  najpierw była trasa w Azji z Fosterem, podczas której  w duecie z solistą Dirty Loops zaśpiewała Chaka Khan. Potem było granie supportu dla Maroon 5. I wreszcie w 2014 r. debiutancki album.

Niespodzianka nr 2. – ta orkiestra to tercet.

Muzyka nagrywana przez Dirty Loops brzmi bogato, momentami nawet chyba nieco za bardzo, ale jeśli odkrywamy, że jest to nagrywane przez 3 osoby, to szczęka może opaść. Członkowie zespołu to dobrze wykształceni muzycy z dyplomami sztokholmskiej Royal College of Musik: Henrik Linder (gitara basowa) i Aron Mellergard (perkusja). Wokalista i pianista Jonah Nilsson, wykształcony pianista klasyczny, później zaczął studiować w kilku uczelniach na wydziale jazzu. Jego aktywność wokalna, najpierw jako głos towarzyszący u innych artystów dotknęła także uczestnictwa w szwedzkim Idolu.

Niespodzianka nr3. – i wreszcie on, album „Phenix”.

Ta płyta to jedynie 5 piosenek. Równe 30 minut, więc złamano granicę EP-ki. Ale może właśnie o to chodzi, że ta płyta jest tak krótka, bo pozostawia niedosyt. Wszystkie utwory są dobrze napisane i świetnie, profesjonalnie wykonane. Stylistycznie można by ją nazwać „Tribute to Michael Jackson”, bo podobieństwo jest wyraźne, zwłaszcza w 2 utworach: „Rock You” i „Breakdown”. Ale, czy czerpanie inspiracji z muzyki jednej z większych ikon muzyki popularnej wszech czasów to wstyd? No nie, a w tym przypadku na pewno nie!

Tu każdy utwór jest perełką, a raczej perłą oprawioną w złoto, bo jest na bogato, jakby muzycy wszystko robili na 100%. Tę tendencję najbardziej reprezentuje Jonah Nilsson, który wokalnie nie potrafi odpuścić, wszystko jest zaśpiewane z „zadęciem”,  z popisywaniem się wielkimi możliwościami technicznymi i swobodą interpretacyjną. Ale nawet to przedobrzenie jest perfekcyjne intonacyjnie, więc ostatecznie wpasowuje się  w stylistykę całego albumu.

I na koniec.

Spotkanie z albumem „Phoenix” to wielka niespodzianka, za którą dziękuję Maćkowi. A Wam życzę podobnej radości;-)

10/10

Zostaw komentarz

*

code