Durand Bernarr – „BERNARR.” [RECENZJA]
Każdy album tego artysty to spotkanie ze sztuką. I nie ważne, czy słuchamy dłuższego albumu, czy EP-ki. Zawsze słyszymy artystę z dużą wyobraźnią, charakterystycznym głosem i dopieszczonymi w każdym takcie piosenkami.
Najciekawsze jest, że Bernarr nigdy nie ścigał się z czasem – jego muzyka utrzymana jest w klimatach z końca XX wieku, a mimo to jest nowocześnie i świeżo. Tak jest w każdym utworze, ze wskazaniem na świetne: „HELLO!”, „EFFORT” i „My Life”. Głównie poruszamy się po klimatach nieco tanecznych, ale bardziej na kameralną, klimatyczną domówkę. Jest stylowo i atrakcyjnie. Bernarr jak zwykle bawi się głosem, w zależności od zaplanowanego efektu używa swojego naturalnego, głębokiego barytonu, albo śpiewa bardzo wysoko, także falsetem, jak np. w ciekawym „BLOOM” (tak był zatytułowany poprzedni album).
Osobny rozdział w tym materiale to piosenki z gośćmi, bo oni wprowadzają sporo stylistycznego zamieszania, ale taki na pewno był zamysł. Mamy tu więc „Homesick”, w której raper Vic Mensa dodaje sporo kolorytu. Podobnie jest w kilku innych piosenkach ze znakomitymi gośćmi, a wśród nich moi ulubieni: BJ The Chicago Kid i James Fauntleroy.
I pomyśleć, że Bernarr potrzebował ponad 20 lat, żeby zaistnieć jako dojrzały, świadomy artysta. Wcześniej głównie pracował jako głos towarzyszący dla wielu artystów – lista nazwisk jest długa i imponująca. Teraz Durand Bernarr jest w takim miejscu swojej kariery, że sam może te gwiazdy zapraszać do wspólnych wykonań. I pewnie nikt mu nie odmówi.
10/10








