Durand Bernarr – „BLOOM” [RECENZJA]
Najpierw zachwyciłem się jego albumem debiutanckim, później pisałem też o EP-ce. Żałowałem, że było tak krótko. Teraz jestem w pełni zaspokojony, bo „BLOOM” to znowu znakomity materiał. Zresztą nie tylko ja tak uważam – artystę niedawno doceniono statuetką Grammy za najlepszy album progresywnego R&B..
Układ albumu jest jak dobrze napisana książka– tę opowieść artysta snuje mądrze, odkrywając powoli kolejne warstwy swojej wrażliwości. W „Flounce”, ciekawej konstrukcyjnie piosence, zaproszenie nieco manierycznego duetu GAWD trochę ją psuje, ale to i tak jedna z ciekawszych pozycji albumu. Następna, „Impact”, równie ciekawa i jeszcze bardziej nowoczesna – kompozycyjnie Bernarr wskakuje w różne wątki, na pewno nie jest skupiony na klasycznej (zwrotka-refren) formie. Jeszcze śmielej jest w „No Business”. Aż dochodzimy do moich ulubionych „Overqualified” i „Reaching”- tutaj fragmenty śpiewane falsetem wprowadzają nową jakość, do tego świetne partie instrumentalne.
Zazwyczaj w kategorii „Progressive R&B” nominowane są albumy nieco „odjechane”, śmiałe koncepcyjnie, muzycznie nowatorskie. Tymczasem to, co proponuje Bernarr to muzyka wyważona, ale dopieszczona w każdym calu. Bo tu nic nie jest oczywiste, a głos artysty, na zmianę mięsisty i brzmiący, a za chwilę falset przypominający Bee Gees to cechy, które Durand Bernarr może traktować jako znak firmowy.
10/10








