Skip to content
16 lis / admin

Elton John – „The Lockdown Session” [RECENZJA]

Pandemia skomplikowała życie wszystkim. I wszystkich nas zrównała, nie było już podziału na lepszych i gorszych, bo każdy musiał się zamknąć w czterech ścianach i po prostu przeczekać. Dla artystów i sportowców to był najtrudniejszy czas – pierwsi nie istnieją bez publiczności, drudzy nie są w stanie zrobić treningu w domu. Dla Eltona Johna początek roku 2020 i światowy lockdown to przerwanie wielkiej pożegnalnej trasy koncertowej. Stąd pewnie ten album, żeby nie zwariować, ale też żeby słuchacze o nim nie zapomnieli. Bo zamiast albumu z cyklu „the best of” artysta porwał się na coś podobnego, ale artystycznie jednak dużo bardziej ambitniejszego.

Zaproszenie gości, bardzo popularnych artystów, doprowadziło do trochę innego oblicza znanych piosenek. Najczęściej niewiele się zmieniło, ale miło jest posłuchać Stevie Wondera w „Finish Line” – artysta ciągle jest w świetnej formie. Najciekawsze są te utwory, w których Elton John pozwolił na sporą ingerencję. Tak jest np. w „Always Love You” – dzięki gościnnym raperom (Young Thug i Nicki Minaj) robi się nowocześnie i zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Podobnie jest w „On of Me”, dzięki udziałowi Lil Nas X. A najciekawiej jest w „Lern to Fly”. W tym utworze można nawet powiedzieć, że duet Surfaces skradł Eltonowi show.

Ten album przypomina mi krążek Carlosa Santany „Blessings and Miracles”, o który pisałem niedawno. Obie płyty oparte są na tym samym pomyśle – zaproszeniu wielu wokalistów z różnych obszarów stylistycznych. W obu przypadkach wynik jest podobny, na pewno takie urozmaicenie jest gratką dla fanów. Jest jeszcze jeden punkt wspólny. Santana umieścił w swoim materiale „Whiter Shade of Pale”, a Elton „Nothing Else Matters”. Te znane covery są kompletnie niepotrzebne, ale obie płyty są niewątpliwie godne zainteresowania.

9/10

 

 

Zostaw komentarz

*

code