Skip to content
19 lis / admin

Finneas albumem „Optimist” ogłasza światu: oto jestem. [RECENZJA]

Ten nieznany wcześniej artysta nagle stał się jednym z gorętszych nazwisk muzycznego biznesu. Bo to właśnie jego produkcja debiutanckiego albumu Billie Eilish spowodowała, że wokalistka stała się objawieniem ostatnich lat, a on sam zgarnął za jednym zamachem 8 statuetek Grammy. Potem doszły jeszcze 3 nagrody za piosenkę do Bonda – tak do wielkiego szołbiznesu wchodzą nieliczni.  I nie wiadomo kto zrobił lepsze wejście – nikomu nieznana nastolatka, która z dnia na dzień stała się popularną artystką, czy jej brat. Tak, bo Finneas, czyli Finneas Baird O’Connel to starszy o 4 lata brat Billie Eilish. Łączy ich wielki talent i umiejętność przekazywania emocji, ale także rzadka przypadłość synestezji, objawiającej się nietypowym odbiorem rzeczywistości. W przypadku tych dwojga polega ona na widzeniu dźwięków – może to jest częściowa odpowiedź na wielki geniusz ?

Album fajnie jest ułożony. Zaczyna się ciekawym „A Concert Six Month From Now”, kończy logicznie utworem „How It Ends”. W środku mamy różne klimaty, nawet kandydatkę na przebój „Happy Now?”. Najlepiej jednak Finneas czuje się w balladach, co pokazuje w „Only A Lifetime”, czy „Hurt Locker”. A najpiękniej jest w „What The’ll Say About As”. Można nawet się pomylić, że to Damien Rice, chociaż piosenki Irlandczyka są jednak nieco ciekawsze muzycznie. Za to tekstowo Finnneas pokazuje klasę, jego umiejętność obserwowania otoczenia i wyciągania mądrych wniosków jest imponująca – bez moralizatorstwa i epatowania bólem. Właściwie klimatem piosenki podobne są do tych, które wykonuje Billie Eilish. Co prawda u niej jest więcej dramatyzmu i takich zewnętrznych emocji, pewnie dlatego tak szybko piosenki przez nią śpiewane pokochały miliony ludzi.

Można się zastanawiać, czy to tylko przypadek, że EP-ka, a potem debiutancki album Finneasa ukazały się krótko po krążkach Billie Eilish. A może artysta świadomie wskoczył na tę falę, na zasadzie „pomogłem ci, to teraz ty zrób coś dla mnie”. Bo przecież Finneas nie był osobą anonimową, wcześniej współpracował z wielkimi gwiazdami (Camila Cabello, Ashe, John Legend, Selena Gomez), ale takich osób, robiących coś dla innych, tworzących swój nienajgorszy repertuar, jest w USA sporo. Czy teraz zaistnieje silniej jako wykonawca? Tego nie wiemy. Za to można się domyślać, że ten album może posłużyć jako wielki billboard dla całej branży. Jakby artysta chciał powiedzieć: umiem napisać różne piosenki – chcesz radiowy przebój? proszę bardzo – a balladę? to jeszcze lepiej – mogę być też realizatorem albo producentem. Mało tego, w tym albumie jest też świetny utwór instrumentalny „Peaches Etiude”, gdyby ktoś potrzebował muzyki ilustracyjnej. Bierzcie i korzystajcie!

8/10

Zostaw komentarz

*

code