Skip to content
23 lis / Wojtek

„Fly Me to the Moon”

Dzisiaj czas na słynny standard Fly Me to the Moon. Ten niezwykle popularny utwór, nagrywany przez setki współczesnych wykonawców, nie znalazł swojego miejsca na liście TOP 500. Dlaczego? Tego zapewne się nie dowiemy i chyba nie ma nawet sensu spekulować. To jednak rzeczywiście dziwne, bo utwór urósł do miana świetnie rozpoznawalnego standardu jazzowego. Szczególnie zadziwia to w kontekście wspomnianej listy hitów wszechczasów, na której znajdują się piosenki całkowicie zapomniane. No cóż, zapewne historia to osądzi.

Utwór „Fly Me to the Moon”  stworzył w 1954 roku Bart Howard pod tytułem In Other Words, a jej pierwszą wykonawczynią była artystka kabaretowa Felicia Sanders. Jednak za pierwowzór należy uważać wykonanie Kayle Ballard,  bo to pierwsze nagranie utworu.

Piosenka doczekała się wielu nagrań, jednak już pod innym tytułem. Z niewiadomych powodów zamiast tytułu zaczęto używać pierwszego wersu piosenki i tak po kilku latach wydawcy przyjęli tytuł Fly Me to the Moon. Sam tekst, wyjątkowo krótki i nieskomplikowany, zwraca uwagę swoją skutecznością przekazu. Ten pozornie typowy tekst o miłości przede wszystkim jest świetnie dopasowany do muzyki, bo sam w sobie na pewno nie byłby arcydziełem literackim. Tutaj nie ma przypadkowych i niepotrzebnych słów, podobnie jak warstwa muzyczna – każda fraza jest konkretna i profesjonalna.

Fly me to the moon 
Let me play among the stars 
Let me see what spring is like 
On Jupiter and Mars 

In other words, hold my hand 
In other words, baby kiss me 

Fill my heart with song and
Let me sing for ever more 
You are all I long for 
All I worship and adore 

In other words, please be true 
In other words, I love you 

Najwięcej nagrań piosenki pochodzi z lat 60-ych ubiegłego wieku. Ten czas to istny wysyp różnych wykonań, z których większość jest bardzo podobna – wszystkie utrzymane są w klimacie tanecznym i nie odbiegają od charakteru zaproponowanego w pierwszym nagraniu. Najpopularniejszą w tym czasie wersję nagrał Frank Sinatra i ta piosenka jest właśnie głównie z tym artystą kojarzona. Utwór pojawił się na albumie It Migh as Well Be Swing z 1964 r., a swoją klasę zawdzięcza producentowi płyty. Quincy Jones, współpracujący z najlepszymi wokalistami naszych czasów, opracował ciekawą aranżację, zwolnił tempo, ale przede wszystkim zmienił metrum z  ¾ na 4/4. Żeby dokończyć swojego dzieła Quincy zaprosił do zespołu akompaniującego wielkiego Counta’a Basiego’a. Dzięki tym wszystkim zabiegom powstał swingujący, nowoczesny utwór. Jeśli dziś jakiś artysta zabiera się za tę piosenkę, to najczęściej inspiracją jest dla niego właśnie to nagranie.

Warto dodać, że po 30 latach Sinatra nagrywa tę piosenkę ponownie, tym razem w duecie z królem bossa novy – Carlosem Jobimem. To wykonanie jest także interesujące, jednak już nie tak rewolucyjne i nowatorskie jak to pierwsze.

Z  lat 60-ych  warto także posłuchać  wersji Sarah Vaughan. Tutaj mamy do czynienia z lekko wariacyjnym  potraktowaniem utworu. Wokalistka w charakterystyczny dla siebie sposób często ucieka od podstawowej linii melodycznej, tworząc całe frazy z nową melodią. Jednak takie nagranie, po wielu bardzo tanecznych wersjach, wyróżnia się i pozwala skupić się na podziwianiu artystki. Tutaj jeszcze jeden „drobiazg” – płytę z tą piosenką produkował także Quincy Jones. Fakt, że jeden producent w bardzo krótkim czasie nagrywa ten sam utwór w kompletnie innych stylach świadczy właśnie o najwyższej klasie Jonesa.

Po wysypie wykonań z lat 60-ych nastały nieco chudsze czasy. Interesujące nagranie pojawia się dopiero w latach 80-ych za sprawą Marvin’a Gaye’a. Wokalista postawił na stylistykę lekko soulową,  z bogatą symfoniczną aranżacją, trochę mniej koncentrując się na samej linii melodycznej, potraktowanej tutaj jako tworzywo do nowej melodii. Mimo wszystko jest to na tyle interesujące  i nie tak bardzo odległe od oryginału, że warto wysłuchać

Fly Me to the Moon, utwór który pokochało środowisko jazzowe, urósł do rangi standardu, mimo że kompozytor piosenki raczej takich zapędów nie miał. I to jest właśnie jedna z magii muzyki, kiedy  trudno jest przewidzieć  losy jakiegoś  utworu, a jeszcze trudniej napisać scenariusz sukcesu wykonawcy. Tak zawsze było  w kręgach muzyki klasycznej, tak też dzieje się z jej młodą koleżanką, czyli muzyką tzw. popularną. Po wielu latach od powstania utworu, niezależnie od planów kompozytora, ważne jest kto i w jakim stylu nagrał swoją wersję. Tutaj nadszedł czas na wysłuchanie wersji Oscara Petersona. Prawdopodobnie dla osób nie rozsmakowanych w jazzie może to być wersja zbyt nowoczesna. Warto jednak zwrócić uwagę na świetne rozwiązania harmoniczne i rytmiczne. Jak przystało na standard jazzowy, mamy tutaj do czynienia z klasycznym potraktowaniem tematu, a całość jest konstrukcyjnie przemyślana i logicznie wykonana.

Lata najnowsze to kilka ciekawych nagrań. Może ich ilość nie powala, ale przecież nie o to chodzi. Lepiej kiedy ilość wygrywa z jakością, bo 3 nagrania absolutnie zasługują na uwagę.

Najpierw Diana Krall, mistrzyni nastroju, wokalistka poruszająca się w obszarach przenikania się muzyki popowej z jazzem. W tej wersji słyszymy dobrze osadzony głos, ciekawą koncepcję i prawdę wykonawczą. Może nie ma tu muzycznych fajerwerków, ale  jest konkretnie i niezwykle muzykalnie.

Inaczej do piosenki podeszła Laura Fygi . Wokalistka zmieniła nieco konstrukcję piosenki rozpoczynając ją od zwrotki, a nie jak w większości wykonań od głównego tematu muzycznego. Artystka zaproponowała spore zwolnienie tempa, co przeniosło nas z klasycznego sweengu  do spokojnych, refleksyjnych klimatów smooth-jazzowych.

Bogatą paletę wykonań piosenki uzupełnia akustyczna wersja brazylijskiego wokalisty. Djavan wykonuje piosenkę klimatycznie i bezpretensjonalnie, a jego świetna improwizacja wokalna dodaje utworowi nowej energii. To wykonanie skierowało mnie w stronę tysięcy młodych wokalistów próbujących swoich sił w telewizyjnych talent show-ach. Przecież takie wykonanie to absolutny minimalizm, na który może sobie pozwolić każdy początkujący artysta, nie posiadający jeszcze własnego zespołu. Jest tylko jeden „drobiazg” – na takie wykonanie może sobie pozwolić osoba z wyobraźnią muzyczną i talentem. I tu się kółko zamyka.

W porównaniu z większością piosenek z cyklu „O coverach (prawie) wszystko” ten utwór sugeruje, że jego historia się jeszcze nie skończyła. Częstotliwość nagrywania jego nowych wersji jest tutaj w ostatnich latach znacznie mniejsza. Mam wrażenie, że to przysłowiowa cisza przed burzą, bo na to zapewne ta piosenka zasługuje. Prawdopodobnie potrzeba tutaj zapalnika w postaci świetnego nowoczesnego wykonania, a wszystko potoczy się lawinowo.  Czy tą kostką domina będzie Michael Buble? Pożyjemy, zobaczymy.

 

Zostaw komentarz

*

code