Gibbs – „NURT” [RECENZJA]
Niedawno pisałem o albumie „Zrobiłem to dla siebie”, a tu, zaledwie po kilku miesiącach kolejny krążek. Dużo lepszy, jednak kompletnie nie wiem, w którą stronę artysta zmierza? Internety piszą o nim jako przedstawicielu rapu – i tak dotychczas było, kiedy Gibbs jako producent współpracował z kilkoma przedstawicielami tego gatunku. Kiedy jednak gra na swój rachunek porusza się w zupełnie innych obszarach.
„NURT” to materiał jednorazowy – po pierwszym wysłuchaniu nawet mi się podobał, ale każde kolejne powtórzenie osłabiało mój entuzjazm. Odnoszę wrażenie, że Gibbsowi zależało na stworzeniu hitów. I za takie można uznać kilka piosenek, jak: „Nad nami”, „Ostatni dzień lata” i „Pieśń dziękczynna 2”. To jednak nic specjalnego – takie klimaty słyszeliśmy już niejednokrotnie, nie mówiąc o tym, że reprezentują stylistykę zbliżoną do „plenerowego popu”. A chyba lepszym rozwiązaniem było dać te piosenki wykonawcom znanym z podobnego repertuaru. I pewnie byłyby to utwory bardzo popularne. W przypadku większości piosenek można powiedzieć, że są nie w tym miejscu. Dla przeciwwagi są piosenki ciekawe, jak „Bez powrotu”. Szkoda, że takich piosenek jest tu mało. Ale są tu jeszcze duety, które bronią honoru krążka. Bardzo udane są dwa z nich: „Ty masz” z Kukonem i „Karnawał” z Pezetem. Kolejny gość, Vito Bambino już nie jest tak spektakularny, ale na pewno uratował niezbyt ciekawy utwór.
Od początku swoich solowych kroków Gibbs pokazał, że może być samodzielnym, nawet interesującym artystą. I ten album to, jak dotąd, najciekawsze jego oblicze. Mam jednak nadzieję, że tytułowy nurt zaprowadzi Gibbsa w takie miejsca, że nie będziemy musieli się zastanawiać, jaki jest artystyczny kręgosłup artysty.
7/10








