Gibbs – „Zrobiłem to dla siebie” [RECENZJA]
Słuchając tego albumu cały czas nie mogłem uwierzyć, że to artysta, którego twórczości wcześniej nie ceniłem. Teraz pierwszy raz uczestniczę w czymś interesującym, ale Gibbs chyba jeszcze na tyle się nie „ucywilizował”, bo są fragmenty, które straszą.
Z jednej strony całkiem przyzwoite propozycje hip hopowe: „Deszcz” i „Inny, a na drugim biegunie bardziej tradycyjne utwory przeciętnego rapera. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedzią jest producent, bo muzyka do niemalże każdy utworu jest innego autorstwa, w tym także Gibbsa. I właśnie te dwa najciekawsze utwory to dzieło The Returners, więc prawdopodobnie panom z tego producenckiego duetu udało się uskrzydlić wokalistę. Ponadto w tym drugim utworze Gibbsowi towarzyszy SVM!R, który dobrze wie, jak rytmicznie wykorzystać dobry podkład.
Pozostałe bity większego wrażenia nie robią. No może wyjątkiem jest tu jeszcze „żal”, w którym za produkcję odpowiada sam O.S.T.R. I teraz dochodzimy do „ozdoby albumu”, czyli utworu „na początku było słowo” z zupełnie przypadkowym, koszmarnym damskim białym śpiewem. Ta kompletnie nieudana stylizacja na ludowe jest czymś tak zaskakującym, ale przede wszystkim kompletnie niepasującym, że na tle całego materiału jest wręcz nietaktem.
No tak…..to mógł być nawet interesujący album. 6/10








