Skip to content
19 sty / admin

Herdzin & Iwaneczko [ORIGAMI]

Jego występy, później wygrana w jednej z edycji The Voice of Poland dawały nadzieję, że na naszej scenie pojawił się ciekawy wykonawca. Ale niestety okazało się, że warunki głosowe i nawet wybitne umiejętności techniczne to jeszcze nie wszystko. Swoim debiutanckim albumem Iwaneczko potwierdził jedynie smutną prawdę, że to, co się wykonuje jest nieczęsto dużo ważniejsze niż to, w jakim stylu się to robi. Co prawda nie był to jakiś bardzo zły album, ale po świetnych występach w telewizyjnym show spodziewałem się czegoś „bardziej”. I dlatego też z radością rzuciłem się na drugi album artysty.

Słuchając tego krążka można mieć wrażenie, że to repertuar z minionych lat. Deklaracje artysty, że to materiał spowodowany tęsknotą za muzyką lat 80. ubiegłego wieku to raczej kiepski wybieg. Słuchając tych piosenek czujemy się jak w muzeum piosenki, w dodatku takiej kojarzonej z blichtrem festiwalu opolskiego tamtych lat. Od razu nasuwają się porównania z trzeba świetnymi wokalistami: Andrzejem Zauchą, Kubą Badachem i Zbigniewem Wodeckim. Niestety do żadnego z nich nie udaje się tutaj nawet zbliżyć, a samo podobieństwo to w tym przypadku raczej nie jest komplement. Weźmy np. piosenkę tytułową „Origami” – byłbym gotów założyć się, że to kopia piosenki Wodeckiego. Tego Wodeckiego sprzed co najmniej 40 lat.

No właśnie, bo tu każda piosenka osobno jest nawet interesująca, nawet atrakcyjna, ale w całości jest to tak ciężkie i mocno wtórne, że trudne do wysłuchania za jednym razem. Ale tak, wiem, że ten materiał może się podobać, nad tym więc nie ma sensu dłużej  się zastanawiać. Natomiast muszę zwrócić uwagę na samego wokalistę, bo jego sposób śpiewania jest tu istotny. Denerwuje mnie maniera podwójnych samogłosek: ille lat, w sammotności, zostawiłłem – takich przykładów jest tutaj masa. Po drugie – tendencja do pływania po dźwiękach, bo dla tego wokalisty interwał melodyczny to nie są dwa dźwięki, po drodze trzeba jeszcze trochę pofalować. I jeszcze ta ambicja, aby w każdym utworze pokazać wszystkie swoje możliwości, wykorzystywanie falsetów nawet tam, gdzie są one niepotrzebne. A kiedy w lirycznym utworze („Znalazłaś mnie”) wokalista mógł się skupić na emocjach, dobrze go zinterpretować, bez kombinowania i prawdziwie, Iwaneczko nie daje rady. Z kolei w najbardziej udanej piosence „Nie odchodź”, kiedy wszystko jest na swoim miejscu, emocje ciekawie prowadzone, w końcu artysta nie wytrzymuje i daje do pieca, jakby nie mógł kilku minut zaśpiewać od początku do końca powściągliwie, ale bez używania silnych środków wyrazu.

O pierwszej płycie artysty pisałem:

Słuchając tego albumu wielokrotnie, za każdym razem zastanawiałem się, dlaczego tutaj jest tak sztywno: wszystkiego jest za dużo, za mocno, za poważnie. Spodziewam się, że za jakiś czas, kiedy Iwaneczko nabierze pewnego dystansu, spuści z siebie trochę powietrza, to będzie bardzo dobrze. A może jeszcze komuś uda się namówić, aby artysta zechciał współpracować z dobrymi tekściarzami. To wtedy może być znakomicie.

No i niestety, niewiele się zmieniło. Nadal jest koturnowo, jeszcze mniej nowocześnie, a teksty uwierają jak niewygodne buty. I jeśli 2 lata temu miałem nadzieję, że Iwaneczko stanie się pierwszorzędnym artystą, to teraz bardzo mocno wątpię. To na pewno nie jest muzyka, której słucham z przyjemnością:-(

5/10

 

Zostaw komentarz

*

code