Skip to content
3 maj / Wojtek

“I Can’t Make You Love me”

Dzisiaj historia o piosence trochę innej niż wszystkie poprzednie w naszym cyklu. Pretekstem do jej napisania jest niedawne wykonanie Adele. Ta wspaniała, odnosząca ostatnio ogromne sukcesy wokalistka udowadnia, że jej popularność nie wzięła się z niczego. Okazuje się, że słuchacze potrafią docenić prawdziwą sztukę i niekoniecznie muszą zachwycać się miernymi sex-bombami. Adele, mimo że sama tworzy świetny repertuar, potrafi przekonująco zaśpiewać cover.

               

„I can’t make you love mee”, piosenka napisana w 1991 roku przez duet Mike Reid i Allen Shamblin, bardzo szybko stała się wielkim przebojem. Wielkim, bo krótko po premierze została wpisana na listę Top 500 wszech czasów, zwłaszcza że na tej liście przeważają piosenki dużo starsze. Bardzo ciekawa jest historia powstania piosenki. Jej tekst, to wynik przeczytania artykułu opisującego rozprawę sądową, w której oskarżony (strzelał do samochodu swojej dziewczyny) zeznał: „Z tego zdarzenia, Wysoki Sądzie, nauczyłem się, że nie zmusisz kobiety żeby Cię kochała, jeśli ona tego nie chce”. Na tej podstawie powstał przejmujący tekst o niespełnionej miłości. Twórcy piosenki, przedstawiciele muzyki country, początkowo napisali ją w ulubionym dla siebie szybkim, bluegrassowym rytmie. Przypadkowo zauważyli, że po znacznym zwolnieniu tempa piosenka otrzymuje niewiarygodną siłę. I taką właśnie, balladową wersję, przekazali pierwszej wykonawczyni tej piosenki – Bonnie Raitt. Ta właśnie wokalistka rozpoczęła serię pięknych wykonań, które regularnie pojawiają się w mediach. A sam moment nagrywania piosenki też był znamienny, bo Bonnie zaśpiewała ją tylko jeden raz  i później nie była w stanie powtórzyć emocji, które udało jej się wywołać podczas nagrywania. Tak więc, słuchając nagrania oryginalnego, możemy mieć świadomość, że słuchamy czegoś wyjątkowego.

               

Dlaczego opowieść o tej piosence jest inna od poprzednich? Inna jest przede wszystkim zawartość, bo w przypadku tej piosenki nie ma nagrań nieudanych lub chociażby nieco dziwnych. Wszystkie próby są bardzo interesujące i rzetelne. Być może to znak, że są jednak piosenki, które docierają do artystów o wysublimowanym guście muzycznym, a tym samym do bardziej wysmakowanego odbiorcy.  Co ciekawe, piosenka napisana dla kobiety, ma znacznie więcej ciekawych wersji  męskich.

               

Nagranie Georga Michaela jest rzetelne, powściągliwe i nawet wersja koncertowa brzmi niezwykle profesjonalnie. Na przykładzie tego wokalisty bardzo łatwo można prześledzić proces dojrzewania artystycznego, bo w tym nagraniu Geroge brzmi wiarygodnie. To samo można powiedzieć o wykonaniu Prince’a. Jego wersja otrzymała cechy charakterystyczne dla stylu tego muzyka. Przy zachowaniu wierności oryginałowi Prince postawił kilka śladów świadczących o jego obecności.

               

Bardzo interesujące są także próby dwóch zupełnie różnych wokalistów, którzy wykonują piosenkę wyłącznie przy akompaniamencie fortepianu. Rythm&bluesowy wokalista Tank pozwala sobie na małe ekwilibrystyki wokalne, ale wszystko w ramach przyzwoitości, nie przesłaniając sensu utworu.

               

Z kolei Bob Iver postawił na absolutną prostotę, stylizując swoją wersję na piosenkę śpiewaną w mieszkaniu (charakterystyczny pogłos niestrojącego instrumentu).  Efekt jest zgodny z oczekiwaniami – wielu zwolenników i komentarze internetowe, jak chociażby ten: „jestem facetem całkowicie heteroseksualnym, ale gdyby Bob zaśpiewał tę piosenkę dla mnie, nie umiał bym powiedzieć NIE”.  Prawdopodobnie niejeden artysta marzy o takim komentarzu.

              

Na tle nieco ascetycznych dwóch poprzednich wykonań, wersja Willa Downinga wydaje się bogata. Wokalista, zapraszając do duetu Marvę King, wprowadza w tej piosence nowy rodzaj narracji. Jednak, mimo bogactwa aranżacyjnego i interpretacyjnego, utwór cały czas mieści się w stylistyce zaproponowanej w oryginale.

               

Ta piosenka wręcz prowokuje do popisywania się głosem, ale nawet znana z tego Patti LaBelle zaśpiewała raczej powściągliwie – przy zachowaniu pierwotnego charakteru, odcisnęła jednak swoje piętno.

               

Ostatnio coraz rzadziej słuchamy wykonań polskich. Dlaczego? To proste – nawet gdy na naszym rynku jest nagranie covera, któremu się przyglądamy, to przegrywa ono z zagraniczną konkurencją.  Mając do wyboru mierne nagranie polskie i ciekawą propozycję z innego kraju, nigdy nie miałem dylematu, które nagranie wybrać. Tym razem z dumą możemy posłuchać propozycji zespołu znakomitego basisty, Piotra Żaczka.

               

Na tle wszystkich zaprezentowanych dziś wersji to nagranie jest szczególne – wysmakowane, przemyślane, po prostu piękne. Zachwyca też Kuba Badach, który tutaj jest wyjątkowo wyciszony i skupiony na koncepcji lidera. Takiego Badacha chce się słuchać częściej.

Na zakończenie wykonanie, które nieznacznie wymyka się wcześniej zaprezentowanym koncepcjom. Jak już kilka razy pisałem, zespoły wokalne zawsze traktują covery nieco warjacyjnie. Ale nawet w tym przypadku odejście od pierwowzoru jest nieznaczne, prowadzące do powstania ciekawej, ambitnej wersji.

               

Te wszystkie wykonania są bardzo do siebie zbliżone – nie ma tu kombinowania ze zmianą linii melodycznej, znacznego przearanżowywania, ani istotnych zmian rytmizacji. A przede wszystkim te wykonania łączy wierność oryginałowi, jednak zawsze przy dodaniu swoich „pięciu groszy”.  I może właśnie dlatego każda z tych wersji jest wspaniała – bronią się perfekcyjnie wykonaną piosenką i szczerością przekazu. Jakże niewiele potrzeba, żeby dobrze wykonać cover. Nie prawda?

 

Zostaw komentarz

*

code