Jacob Collier – „The Lights For Days” [RECENZJA]
Kiedy 6 lat temu artysta zapowiedział projekt „Djesse”, muzyczny świat zamarł. Bo jak to, 4 albumy w ciągu jednego roku? Zwłaszcza, że Jacob Collier zawsze wydawał materiał na bogato, dopracowany w każdym szczególe, w dodatku odpowiadał za wszystko: repertuar, produkcję, świetne aranżacje i większość partii instrumentalnych. Ostatecznie ten śmiały pomysł zajął muzykowi 5 lat, ale pewnie on sam nie spodziewał się, że wszystkie albumy z tej serii, prowokując do poszukiwania zachwycających, pionierskich rozwiązań, zajmą tyle czasu. I pewnie dlatego wydany niedawno „The Light For Day”, skromny aranżacyjnie, bez gości, można potraktować jak rodzaj detoksu po tym pracowitym, również koncertowo okresie.
Ten album, podobnie jak debiutancki „In My Room”, artysta nagrał w swoim pokoju, chociaż spodziewam się, że pokój, a na pewno jego wyposażenie, mocno różni się od tego pierwotnego. Zaskoczeniem może być nagranie wszystkich piosenek z gitarą, a przecież Collier zawsze kojarzył nam się z jakąś klawiaturą. Drugą niespodzianką jest repertuar: obok swoich kompozycji artysta wykonuje także covery, jak choćby „Norwegian Wood” zespołu The Beatles. Jednak wszystkie piosenki wykonane są oryginalnie, spokojnie i na pewno inaczej niż po tym artyście byśmy się spodziewali. Nie zawsze jednak udaje się mu zachować powściągliwość, momentami daje o sobie znać jego muzyczne ADHD, tak jest np. w „Keep A Eye On Summer”. Jeszcze ciekawiej jest w mojej ulubionej „Icarus”, w której podoba mi się konstrukcja utworu i sposób zaśpiewania, jak gdyby w duecie ze sobą, do tego dochodzą bardzo delikatne harmonie wokalne. Na zakończenie artysta wybrał utwór „Something Heavy” najbogatszy po kątem oprawy instrumentalnej, ale nadal bardzo oszczędny. Tutaj można odnieść wrażenie, że Collier odrywa role wokalne, jakby chciał zastąpić gości, a tych tutaj nie ma.
Myślę, że tym albumem Jacob Collier zamknął usta wszystkim malkontentom, że u niego tylko elektronika i produkcyjne fajerwerki. I teraz można powiedzieć, że przewidzenie, w którym kierunku rozwinie się talent artysty, to jak hazard z wysokim ryzykiem.
10/10







