Jake Isaak – „10 Years Later” [RECENZJA]
W ciągu dnia manager w korporacji, wieczorami muzyk, początkowo sesyjny, ostatnio coraz częściej jako wykonawca własnego repertuaru. To już piąta płyta tego ciągle mało znanego artysty. Obecność wielu gości na poprzednich płytach, choćby takich, jak: Otis Kane, Jack Savoretti, Joss Stone, czy Sam Hewnshaw to potwierdzenie klasy. Tym razem nie jest tak bogato.
Pomysł na album był nieco karkołomny, zebrano w nim same stare piosenki, niektóre nawet piętnastoletnie. Wszystkie nagrano na nowo, nowocześniej i bardziej starannie pod kątem aranżacji. Motywem przewodnim jest piosenka „Waiting Here”, po raz pierwszy nagrana 10 lat temu na debiutancki krążek. Teraz artysta do niej powraca z czterema nowymi wersjami, z czego trzy to wykonania z gośćmi. I tak właściwie ten pomysł jest nieco na siłę, żadna z nowych wersji nie wnosi nic nowego. Jedynie w przypadku nagrania ze Sefanie Heizmann można mówić o jakiejś kreacji, ale to nic szczególnego w porównaniu z wersją solową.
O jednym z wcześniejszych albumów artysty pisałem, że nie tak łatwo będzie mu przedrzeć się do pierwszego rzędu. Po kolejnej płycie byłem nieco rozczarowany. Teraz obawiam się, że Jake Isaak utknął w martwym punkcie, bo niby jego piosenki są w miarę atrakcyjne, muzycznie jest nowocześnie, a gościnni artyści dodają nieco tlenu. Odnoszę jednak wrażenie, jakby artysta był czymś ograniczony, jakby założono mu jakąś blokadę. Czekam na jej zdjęcie.
8/10








