Skip to content
23 wrz / Wojtek

Jessie Reyez – „A LITTLE VENGEANCE” [RECENZJA]

To już trzeci album tej artystki i ciągle nie mogę zrozumieć jej fenomenu. Właściwie już po pierwszym kontakcie kilka lat temu powinienem dać sobie spokój, ale ciągle wydaje mi się, że może czegoś nie dostrzegam, bo skoro cały świat, a zwłaszcza branża się nią zachwyca, to musi tam coś być. I znowu niestety się poddaję, bo dla mnie słuchanie tej muzyki to raczej strata czasu.

Jedyna korzyść ze słuchania tej artystki to spotkanie z najnowszymi trendami produkcyjnymi. Pod tym względem jej wszystkie albumy są perfekcyjne, ale to bardziej praca laboratoryjna całego sztabu fachowców niż jakikolwiek artyzm. Na pierwszym planie ciągle jest banalny, plastikowy głos artystki. I tego nie jestem w stanie spokojnie słuchać. Weźmy choćby „Ibreak” – to mogłaby być bardzo dobra piosenka, gdyby zaśpiewał ją ktoś inny. Zresztą chyba z każdej można zrobić coś interesującego, a potwierdzeniem jest „Synesthesia”. To jedyna piosenka, której słucham bez wstrętu, ale  tylko dzięki gościom (Lekan i D Smoke), tutaj nawet udział Jessie Reyez tak mocno nie przeszkadza.

17 utworów zaśpiewanych głosem, który drażni to jednak stanowczo za dużo. Ciągle sobie obiecuję, że już więcej nie dam się nabrać na słuchanie nowego albumu tej artystki. I co? Znowu jej się udało mnie nabrać.

6/10
Zostaw komentarz