Jordan Ward – „BACKWARD” [RECENZJA]
To jego drugi album. Właściwie żadna sensacja w przypadku 28-letniego artysty, jednak nie w tym przypadku. Jordan Ward ma za sobą bogatą karierę taneczną, popartą edukacją w kilku stylach: balet klasyczny, jazz i hip-hop. Zaraz po skończeniu szkoły średniej Ward przeniósł się do Los Angeles, a tam jego kariera rozwinęła się imponująco, bo występowanie jako członek zespołu tanecznego u takich gwiazd, jak: Beyonce, Justin Bieber czy Usher to najlepsza szkoła poruszania się w show businessie. Podpatrywanie takich znakomitości przyniosło efekt w postaci samodzielnych prób muzycznych.
Stylu artysty nie da się jednoznacznie określić – Jordan Ward potrafi zaskakiwać niemal w każdym tworze. Uwagę zwracają teledyski do niektórych piosenek, w których artysta również tańczy, robi się profesjonalnie i światowo. Paradoksalnie artysta zbyt często nie korzysta z tej stylistyki, która mogłaby mu przynieść największą rozpoznawalność. Chyba najlepiej czuje się w balladach, nowoczesnych i nie tak oczywistych konstrukcyjnie. Mamy tu zaśpiewaną ciekawym, jakby damskim głosem „Take-out”, albo „Til then”, w których barwa głosu zmienia wielokrotnie. A rozpoczyna się perełką, bo w „Stranger” Ward zaprasza nas do swojego świata, od razu robi się interesująco, wręcz magicznie. Są też klimaty latynoskie w świetnej „Noisy Neighbors”, albo R&B w „Cutti”.
Na tego artystę natknąłem się przypadkowo. I dobrze się stało, bo tak oryginalnych muzyków powinno się nosić na rękach. Nawet w Stanach Zjednoczonych.
10/10








