Skip to content
12 cze / Wojtek

Kehlani – „Kehlani” [RECENZJA]

Kiedy pisałem o poprzednim albumie artystki zakładałem, że to spotkanie jednorazowe. Jej nominacja do Grammy, i to w kategorii „progressive R&B”, była dla mnie największą sensacją, bo album nie był ani interesujący, ani nawet nieco progresywny. Kiedy jednak widzę, z jaką częstotliwością artystka jest nagradzana w różnych plebiscytach, myślę, że może czegoś nie dostrzegam. Ale nie, najnowszy album to znowu sieczka i totalny miszmasz. Wszystko i nic. Ze wskazaniem na to drugie.

Ciekawostką jest, że kiedy w utworze występuje męski gość robi się nawet interesująco, zwłaszcza, że najczęściej to oni, czyli zaproszeni artyści, rozpoczynają. Zaczynam się wsłuchiwać z przekonaniem, że nareszcie będzie coś interesującego. Jednak do czasu, bo kiedy nagle, cała na biało, w majestacie swojej brokatowej wielkości wchodzi Kehlani, wszystko się kończy. A wśród gości mnóstwo znakomitości: Missy Elliot, Leon Thomas, Usher i Brandy. Drugą grupę wspaniałych artystów specjalnie wyselekcjonowałem osobno, bo to wielkie nazwiska, ale też znani skandaliści: Big Sean, Cardi B, T-Pain, Lil Wayne i duet Clipse.

Kiedy przejrzymy listę wykonawców gościnnych i współtwórców, to powstaje jedno pytanie: ile w tym wszystkich jest Kehlani? Już wcześniej pisałem, że niewykluczone, że nazwisko artystki jako współautorki repertuaru pojawia się kurtuazyjnie, jako tej, która podrzuciła pomysł, a potem  sztab fachowców zrobił z tego piosenkę. Niektóre z nich są całkiem ciekawie zrealizowane, więc pewnie zaśpiewane przez kogoś innego, mogłyby być dużo bardziej interesujące. Mimo to bardziej mówimy tu o zlepku atrakcyjnych fraz tekstowych i muzycznych, niż koncepcyjnych, nowoczesnych piosenkach.

6/10  
Zostaw komentarz