Skip to content
6 lut / Wojtek

Kuba Badach – „Radio Edit”. A miało być tak pięknie. [RECENZJA

Każdy solowy album tego artysty to zawsze ciekawość. Bo chyba nie ma wątpliwości, że to jeden z ciekawszych wokalistów na naszym rynku, ale jego twórczość to najczęściej wielka niewiadoma – nie zawsze jest tak dobrze, jak byśmy się tego spodziewali.

Początek albumu to nadzieja, że w końcu Kuba Badach pokazał jak powinna brzmieć muzyka w trzeciej dekadzie XXI wieku. Kilka piosenek to poziom, jakiego spodziewałem się od najlepszego polskiego wokalisty. Zwłaszcza pierwsza, „Układ otwarty”, to Badach, jakiego chciałbym słuchać ciągle. Potem nie jest już tak dobrze, ale ważne, że na koniec znowu świetna „Od tego dnia”. Niektóre piosenki nieco rozczarowują, ale honoru broni strona instrumentalna, bo takich wykonań słucha się z przyjemnością. Pewnie podobnego efektu możemy spodziewać się na koncertach.

Tym razem nieco mniej jest manieryzmów wokalnych, których wyjątkowo dużo było w dwóch poprzednich albumach. Niestety one się pojawiają, co prawda już dużo mniej widocznie, ale nie da się nie zauważyć: „los ci rozdajje złe karty” , a to jjest”, albo: „gdzie Ty jjesteś”. Ciekawe, że wokalista ma problem jedynie z lierą „j”. I jeszcze jedno. Najsłabszą stroną tego albumu są teksty. I to też jest element, o którym pisałem wcześniej. Bo tu nie chodzi o krytykę tekstu jako takiego, a bardziej wpisanie go w kontekst konkretnej piosenki. Weźmy np. „Gdzie Ty jesteś” – tutaj słowa piosenki rozjeżdżają się zarówno z muzyką, jak i, a może przede wszystkim, z wokalistą, nie mówiąc o tym, ze to utwór dla jakiegoś zagubionego małolata, a nie doświadczonego artysty.

Tytuł albumu może sugerować, że ten materiał powstał na potrzeby stacji radiowych. Jakby Badach chciał powiedzieć: normalnie nagrałbym coś bardziej ambitnego, ale rynek czeka na coś oczywistego. Bo ta płyta jest nawet niezła. Ale…. Kuba Badach mógłby być artystą wybitnym, a że w ty albumie nie jest? No cóż, nie można mieć wszystkiego.

8/10
Zostaw komentarz