Skip to content
3 lut / Wojtek

Les Miserables – operetka, czy wodewil?

Film „Nędznicy” (org. Les Miserables) to wielkie przedsięwzięcie ubiegłego roku. Szum medialny, a nawet w porywach wrzawa, miał podgrzewać zainteresowanie, a lista nominacji do Oscara jest tylko ukoronowaniem potężnego PR.  No więc jakie jest to wielkie dzieło? Najkrócej mówiąc: obejrzałem film i nadal żyję. Nie spadło na mnie olśnienie z nieba, ani nie dostąpiłem żadnych innych łask, a tego przecież spodziewaliśmy się po marketingu filmu. Powiem więcej, kompletnie nie rozumiem dlaczego film jest tak mocno nagradzany, bo to ani wybitne, ani wzruszające, ani nawet artystyczne. Temu obrazowi baaaaardzo daleko do filmowych wersji Chicago czy Hair. Mam wątpliwości czy miałby szansę załapać się na pierwszą dziesiątkę najlepszych filmów musicalowych. Na moją dziesiątkę, a nawet dwudziestkę na pewno nie! Żeby jednak nie być gołosłownym skupię się na stronie muzycznej, bo ta jest tutaj mimo wszystko najważniejsza.

Wersja sceniczna Les Miserables to materiał typowego musicalu, gdzie rządzą określone prawa. Co prawda nigdy nie rozumiałem dziwnej tendencji komponowania partii wokalnych w bardzo wysokich tonacjach, stąd alty i barytony to nie są głosy, które w musicalu odniosą spektakularny sukces. W musicalu im wyżej, tym lepiej. Dlaczego tak jest? Nie mam pojęcia. Być może ktoś wymyślił, że wysokie dźwięki są bardziej łapiące za serce? Kiedy więc idę do teatru na spektakl musicalowy, to spodziewam się  określonej konwencji i  jestem w stanie wytrzymać 3 godziny bez większych boleści.

Film „Nędznicy” zainteresował mnie ciekawym pomysłem reżyserskim, aby aktorów śpiewających partie solowe nagrywać na żywo. To rzeczywiście niezwykłe nowatorstwo. I to niewątpliwie powinno robić wrażenie. No właśnie, a czy to wrażenie rzeczywiście robi? Nie, absolutnie nie. Zastanawia mnie dlaczego reżyser nie zauważył, że w jego koncepcji, od samego założenia, jest niespójność. No bo jak aktor, który świetnie odtwarza swoją rolę, jest znakomicie ucharakteryzowany, jest na tle świetnej scenerii, ma więc wszystko by oddać właściwe emocje, ma nagle zaśpiewać fragmenty napisane w  wysokiej, nienaturalnej  skali (np. końcówka oktawy jednokreślnej dla faceta). Przecież tego nie da się wykonać naturalnym, biały głosem. Te fajerwerki wokalne trzeba zaśpiewać bardzo technicznie, na tzw. podparciu, a to już nie może być prawdziwe, bo nadmierne używanie przepony jest nawet dla przeciętnego słuchacza nienaturalne, wręcz fałszywe. Nie mogę pojąć dlaczego producenci filmu nie zdecydowali się na zmianę oryginalnych tonacji. Jeszcze bardziej dziwi mnie, że aktorzy śpiewają do akompaniamentu oryginalnego, tego sprzed 30 lat. Tutaj aż prosiło się o wpuszczenie odrobiny powietrza z XXI wieku. Takie zabiegi unowocześniania aranżacyjnego stosowano w wielu musicalach, które odniosły sukces.  Szkoda, że nie nawiązano współpracy z muzykiem pokroju Craiga Armstronga, który w  Moulin Rouge  wyczarował znanym piosenkom nowe życie. Tak więc zamiast kultowego filmu otrzymujemy ramotę – sfilmowany musical.

Wiele emocji cały czas wzbudza obsada filmu. Zgadzam się z nominacją do Oscara dla Anne Hathaway, bo to świetna kreacja, a jej partie solowe są prawdziwym majstersztykiem. Nawet kiedy materiał muzyczny utrudnia ciągnięcie roli, aktorka swoją konsekwentną interpretacją przełamuje konwencję tradycyjnego musicalu. Takiego podejścia do roli  pewnie niedługo będą się uczyć adepci tzw. piosenki aktorskiej. Brawo! Bardzo dużo złych recenzji otrzymuje Russel Crowe – bo nie umie śpiewać, bo śpiewa kwadratowo itp. No i właśnie o to chodzi. To nieporadne śpiewanie jest tak naturalne i spójne z odtwarzaną postacią, że wyróżnia się na tle wszystkich tzw. profesjonalnych wykonań. Ten aktor nie do końca jest autentyczny, bo zdarza mu się starać „ładnie” zaśpiewać  i wtedy momentalnie na ekran wkrada się nieprawda. Najlepiej zaśpiewana rola to mały Gavroche. Ten chłopak śpiewa bardzo naturalnie. W jego kreacji nie widać udawania, to autentyczny chłopak z barykady. I to chyba jeden z nielicznych w tym filmie głos bez wibracji i innych dziwnych zabiegów technicznych. Tak, soliści w tym filmie, to kamień milowy w produkcji filmowej, bo nawet kiedy nie jest perfekcyjnie wokalnie,  to gra aktorska jest niezłą rekompensatą. Niestety sceny zbiorowe są dużo gorsze, a częste wpadki braku synchronizacji obrazu z fonią zostawię bez komentarza.

Szkoda, że w tej ekranizacji duch Victora Hugo oddalił się znacznie. Zamiast ciekawej opowieści otrzymujemy coś z pogranicza operetki i wodewilu. A czy ludziom będzie się to podobało? Tak. Na pewno tak. Bo ludzie kochają musicale.  Do dziś mam traumę po tym jak zobaczyłem, że w warszawskich spektaklach największe owacje otrzymuje lecący nad sceną helikopter (Miss Sajgon) albo spadający żyrandol (Upiór w operze).  I pod tym względem film musi się podobać, bo w nim efektów na miarę spadających żyrandoli jest sporo. Uważajcie więc na swoje głowy w czasie projekcji 😆

Zostaw komentarz

*

code