Małach – „Deszcz” [RECENZJA]
Ten album mógł umknąć uwadze, bo wydanie go w ostatnich dniach roku nie było najlepszym pomysłem. Ale nic się nie stało, bo to dziwna, jakby stworzona w kryzysie płyta. Myślę tu o kryzysie twórczym. Bardzo wyraźnym.
Do tego albumu Małach zaprosił gości, każdy utwór jest z innym z nich. I każdy utwór zadziwia, bo nie wiadomo, ile tu jest Małacha, a ile tego drugiego. Nie ma to jednak większego znaczenia, najczęściej jest banalnie i o niczym. I nawet kiedy w jakimś utworze wydawać się mogło na początku, że tym razem jest jakiś ciekawy temat, to szybko jesteśmy sprowadzani na ziemię. Przykładowo: w „Nigdy nie byłem trzeźwy” nie wykorzystano pomysłu artysty, bo jedynie można się domyślać jaki był zamysł, że żałuje, wyciąga wnioski itd. A już zakończenie, ze zwolnieniem fragmentu tytułu, to już dramat.
W rapowaniu można poszukać ciekawych rozwiązań rytmicznych, albo czegoś świeżego w muzyce. Tylko po co, skoro utarte szlaki są takie łatwe? Wszystkie utwory z tego krążka mogłyby powstać 20 lat temu i niczym by się nie wyróżniały. Tutaj Małach straszy prawdami objawionymi, banałem i przypadkowymi bitami. I ten protekcjonalny ton, jak np. we „Wspominkach”, w stylu: a teraz drogie dzieci, posłuchajcie. I wisienka na torcie w „Literakach”: „mówią, że takich nie ROBIOM już.”
Dotychczas albumy Małacha, zwłaszcza te z Rufusem, były na ogół niezłe. Teraz słuchamy zupełnie innego artysty. No właśnie, czy na pewno artysty?
5/10








