Mata – „2039: ZŁOTE PIASKI” [RECENZJA]
Najgorzej kiedy do twórczości artystycznej dopisuje się ideologię, tak jak teraz – słyszymy o odpoczynku po imponującej trasie koncertowej, albo że to puszczenie oczka do mniej wymagającej publiczności. Ten album może jedynie zaskoczyć, że jest tak banalny.
Mata nie jest już raperem. Teraz wybrał się w obszary piosenek z kurortu albo tureckiego bazaru. I w dodatku głównie śpiewa, nieco nonszalancko, często niechlujnie. I te liczne wulgaryzmy, kompletnie nieuzasadnione, ale w parze z banalną, komercyjną muzyką mają szansę trafić do określonej grupy słuchaczy. I pewnie artysty nie martwi, że większość z tych piosenek nie może być puszczana w radiu, bo jego stadionowa trasa koncertowa sprzedała się świetnie.
Długa lista gości jeszcze bardziej powoduje, że utwory trącą banałem, jak choćby „PALMA DE MALLORKA” z Żabsonem. Jeszcze gorzej jest w „24g”, bo tu oprócz wulgaryzmów razi źle skrojona fraza tekstowa. Spodziewam się, ze te dwa utwory mogą się cieszyć największą popularnością, także dzięki udziałowi znanych gości – w tym drugim White 2115.I właściwie każdy utwór z gościem jest podobnie trywialny, jakby Macie nie zależało na jakimkolwiek poziomie. Może dlatego utwory solowe są nieco ciekawsze, np. „BLOW UP THE ROOF”. Ale co z tego, skoro za chwilę w „Outro” słyszymy:
„Moi ludzie oczekują głębi w tekstach Oczekują hitów, potrzebny im Mesjasz Potrzebny im ojciec, potrzebny terapeuta Raz piszę to miesiące, raz leci sobie pętla I nawijam od niechcenia to, no bo męczy mnie jetlag W moim życiu wiele zmienia się, chcą mnie na tabletkach Dlatego stilo zmienia się, dlatego ciągle zmieniam się Dlatego albo otworzysz głowę, albo wymiękasz, odpadasz”
Mata zaczynał jako bardzo obiecujący nastolatek. Do naszego SZOŁBIZNESU wszedł z drzwiami, ale potem nie było już tak dobrze, bo jego drugi album był rozczarowujący. Teraz jest jeszcze gorzej, zaskakująco banalnie i tandetnie. Ale jakie to ma znaczenie, skoro młodzi ludzie taki repertuar kochają?
4/10








