Michael Mayo – „Fly” [RECENZJA]
Pewnie nie poznałbym tego artysty, gdyby nie nominacja do nagrody Grammy. Po to właśnie regularnie śledzę to wydarzenie, w ten sposób zaprzyjaźniłem się z kilkoma znakomitościami. A Michael Mayo na pewno do nich należy.
To drugi album artysty, który zanim zaczął nagrywać solowy materiał, najpierw zdobył solidne wykształcenie muzyczne, potem występował w różnych składach, a ukoronowaniem tego etapu była trasa koncertowa z Herbie Hancockiem. „Fly” to 11 utworów zagranych i zaśpiewanych z najwyższą starannością i feelingiem. Głównie są to standardy, ale jest też kila utworów nowych. Wszystkie piosenki są tak świetnie wykonane, do tego z konsekwencją, że cały materiał brzmi spójnie i przekonująco. Do klasyki Mayo podszedł z dużą starannością, zwłaszcza do „Four” Milesa Daviesa – tutaj zachwyca wszystko. Z kolei w „Speak No Evil” Shortera artysta zaśpiewał scatem, a „I Didn’t Know What Time It Was” w całości wykonany jest a cappella”.
Nominacja w kategorii wokalnego jazzu to spore wyróżnienie, tu zazwyczaj nie ma przypadków, wyróżnia się wielkich, często bardzo uznanych artystów. Michael Mayo miał pecha, bo razem z nim nominowano Samarę Joy, najciekawszy głos ostatnich lat. I to ona zdobyła statuetkę. Ale nic się nie stało. Mayo może spokojnie poczekać na swój czas, bo ten na pewno nadejdzie. Nie mam najmniejszych wątpliwości!
10/10








