Skip to content
4 wrz / Wojtek

Nicole Zuaritis – „the devil i knew” [RECENZJA]

Wokalistka, która sama wyznacza sobie standardy: komponuje, gra na fortepianie, nagrywa i kolekcjonuje prestiżowe nagrody. Jej najnowszy album jest może za długi, ale na pewno pokazuje klasę wykonawczą.

Ten autorski materiał podzielono na pięć części, a te wynikają z treści. Każda nowa odsłona tej opowieści poprzedzona jest poezją amerykańskich autorek. I w każdej części jest coś innego. Zacznijmy od początku.

Pierwszej części słucha się nieźle, jest sprawnie i profesjonalnie. Może nie ma tu wielkich piosenek, ale za to są  świetnie wykonane, a uwagę zwracają aranżacje. I tu na scenę wchodzi odpowiedzialny za opracowanie partii instrumentów dętych Jerry Hey. Ten wybitny muzyk znany jest z aranżacji płyt wielu gwiazd, zwłaszcza Quince Jonesa i Georga Bensona, a jako instrumentalista wystąpił z topem wykonawców, a wśród nich są m.in.: Frank Sinatra, Aretha Franklin, Whitney Huston i Donna Summer.

Część  nr 2 to więcej refleksji i spokoju. Moje serce kradnie piosenka „wish i could love you”. Dużo więcej dzieje się w kolejnej płycie. Tutaj klimatycznie jest podobnie, ale do akcji wkracza wybitny aranżer Vince Mendoza.  Od razu robi się magicznie, bo piosenka „all that’s left” została moją ulubioną jeszcze zanim odkryłem, kto tu pomagał w jej aranżacji. O Mendozie także można dużo pisać, zwłaszcza jego kilkuletniemu szefowaniu Metropole Orkestr.

W czwartej części robi się nieco rockowo, a uwagę zwraca piosenka „the hardest part”. Za to w ostatniej, jak na zakończenie przystało, ponownie pojawia się magia Mendozy – jego aranżacja do „i get along without you very well” to godny finał tego bardzo ambitnego projektu.

9/10
Zostaw komentarz