Skip to content
22 kw. / Wojtek

O coverach (prawie) wszystko – „What a Difference a Day Made”

Ta piosenka, uchodząca dziś za klasykę muzyki popularnej, ale też standard jazzowy, ma tak ciekawą historię i jeszcze ciekawsze życie, że warto się jej bliżej przyjrzeć. Oczywiście musimy zacząć od Dinah Washington, której wykonanie uhonorowano w 1959 roku nagrodą Grammy, a w 1988 r. wpisano na listę Grammy Hall of Fame.

I tutaj się musimy zatrzymać, a nawet cofnąć, bo początek życia tej piosenki to rok 1934. Jeszcze większą sensacją jest jej pochodzenie. Autorką jest meksykańska artystka Maria Gever, a jej piosenka nosi tytuł "Cuando vuelva a tu lado" (kiedy powróciłam na twoją stronę). Tego nagrania należy więc posłuchać, bo dopiero teraz zrozumiemy długą drogę, jaką piosenka przeszła.

Klasę piosenki szybko odkryto w USA, bo już w tym samym roku z tekstem Stanley’a Adamsa została wykonana przez kilku wykonawców. Najbardziej znana jest wersja Dorsey Brothers.

Teraz możemy powrócić do wersji Dinah Washington. Tytuł piosenki otrzymał drugą wersję, równolegle funkcjonującą “What a Difference a Day Makes”. I ta właśnie wersja rozpoczęła nowy rozdział w życiu piosenki. Dzięki zmysłowej interpretacji Dinah utwór został ulubionym tematem jazzowym, stając się jednym z bardziej znanych standartów. I tutaj można stworzyć długą listę świetnych wykonań. My skupimy się jedynie na dwóch z nich, ale za to jakich! Sarah Vaughan nagrała wersję tradycyjną, bardzo dla siebie typową. Jest stylowo i elegancko.

Aretha Franklin potraktowała piosenkę jako pretekst do pokazania dużo większych emocji. Słuchając tego nagrania nie mamy wątpliwości, że muzyka nie jest tutaj jedynym elementem tworzącym piękną kreację.

Pozostając w tych artystycznych klimatach warto zwrócić uwagę na nagranie Renee Olstead. Ta artystka wykonując piosenkę z big bandem kieruje się w stronę jazzu, ale jej “uniwerslane” wykonanie ma prawo przekonać przeciętnego melomana.

Zupełnie inne życie nadała utworowi w 1975 roku Esther Phillips. Jej wersja dyskotekowa zrywa z dotychczasowym eleganckim obliczem piosenki i pokazuje, że jeśli ma się pretekst i dobrze go wykorzysta, to można go zawsze obronić.

Ciekawego nagrania dokonała Laura Fygi. Jej propozycja to połączenie amerykańskiego spojrzenia z latynoskimi korzeniami piosenki. Niby nic wielkiego, ale nieźle.

Jak już często pisałem, piosenki bardzo często rządzą się swoim zaklęciem związanym z pierwszym wykonaniem. W tym przypadku jest właśnie tak. Utwór został napisany przez kobietę, a potem najbardziej spopularyzowany na skalę światową przez inną artystkę. To było wystarczające znamię, aby piosenka była głównie wykonywana przez panie właśnie. Dlatego, dla przeciwwagi, warto posłuchać wykonań wokalistów. Podoba mi się propozycja Jamie Cullum’a.

Luis Miguel, meksykoański artysta z włoskimi korzeniami, połączył swoje dwa światy: oryginalny latynoski i ten bardziej komercyjny. Dzięki tej wizji powstała typowa, ładna piosenka popularna z  dobrą aranżacją na orkiestrę. Biorąc pod uwagę dużą popularność piosenki, takie wykonanie może się podobać, zwłaszcza hiszpańskojęzycznym melomanom, którzy pewnie myślą, że to cover amerykańskiego przeboju:-)

I tak właśnie historia zatoczyła koło. Można się jedynie zastanawiać, dlaczego piosenka latynoska zrobiła karierę nie dzięki swoim oryginalnym korzeniom, a uniwersalnym wartościom muzycznym. Bo to nie pierwszy przykład światowego sukcesu piosenki meksykańskiej, czyli kręgu kulturowego, któremu jednak dalej do głównych nurtów światowej muzyki  niż np. Europejczykom.

 

 

 

 

 

Zostaw komentarz

*

code