Skip to content
21 maj / Wojtek

Odcinek prawdy?

Poprzedni odcinek X-factor miał być etapem prawdy. I był. Ale prawda była trochę zaskakująca.

Dlaczego etap prawdy? Bo każdy miał zaśpiewać 2 piosenki: jedną z bigbandem (zadanie dla zaawansowanych, gdzie wymagana jest niezwykła precyzja i dyscyplina muzyczna oraz trochę  inna, ujarzmiona muzykalność), drugą po polsku. Jak pokazują wszystkie tego typu programy, młodzi wokaliści na polskim repertuarze się wysypują. Dlaczego? Bo cały czas śpiewają repertuar anglojęzyczny, bo niby bardziej popularny i łatwiejszy. W efekcie początkujący przeciętny polski wokalista nie potrafi śpiewać w ojczystym języku.

No i prawda wyszła na wierzch w bardzo bolesnej odsłonie. Gołym okiem, a raczej uchem, widać było kto wcześniej próbował nas oszukiwać. No i doszło do sensacji, bo najlepszy w tym odcinku był zespół The Chance. Gdyby tydzień temu ktoś mi powiedział, że kiedykolwiek skomplementuję te dziewczyny, to wysłałbym go do zakładu zamkniętego. A tymczasem zespół pokazuje wielką klasę. W piosence Anethy Franklin dziewczyny brzmią świetnie. Przede wszystkim słychać, że mają kogoś, kto opracowuje świetną koncepcję utworu z bardzo dobrym aranżem. I ta koncepcja jest rzetelnie, bardzo dobrze wykonana. Piosenka polska nie była już tak spektakularna, ale nadal przekonująco, z dużym ładunkiem emocjonalnym. Brawo!

Ewelina Lisowka padła ofiarą repertuaru, który obnażył jej niedostatki. Marcin Spenner zaprezentował podobną klasę. Piosenka z filmu Blues Brother była wykonana poprawnie, ale bez zachwytu. Jednak to, co Marcin zrobił z piosenką Dżemu woła o pomstę do nieba. Do legendy trzeba podchodzić z szacunkiem i pokorą, bo tanie piosenkarstwo nie ma prawa się w takiej sytuacji obronić.

SoulCity mogło w tym odcinku nareszcie pokazać klasę. Kiedy zaczęli śpiewać „Wonderful world” ucieszyłem się, ze w końcu usłyszę ich w repertuarze godnym rasowego zespołu wokalnego. I….po kilku taktach wszystko było jasne – to nie jest zespół, który potrafi śpiewać standardy. Prawdopodobnie ich niepowodzenie wynika z braku wśród członków zespołu sprawnego aranżera, który znając możliwości swoich kolegów jest w stanie opracować mądrą koncepcję. Ta grupa ma bardzo duże problemy ze spójną barwą, co w przypadku grupy wokalnej jest sprawą fundamentalną. Piosenkę Republiki wykonali znacznie lepiej. Aczkolwiek mam z tym wykonaniem mały problem, podobnie jak z kierunkiem jaki ten zespół obrał. Ich wszystkie wystepy w programach na żywo były zdecydowanie nastawione na teatralizację. W takiej koncepcji elementy muzyczne były odsuwane na drugi plan. Zabieg sprytny, zwłaszcza że ta teatralizacja prowadziła do bardzo interesujących dwóch wykonów.  Interesujących jako widowisko, na pewno mniej interesujących muzycznie.

Mój faworyt do wygrania programu tym razem zrobił coś niezwykłego. Od początku mówiło się, że Dawid Podsiadło to polski Buble. I wszystko było ok, bo nawet jeśli podobieństwo było, to nie było ono nachalne. Tym razem chłopak zaśpiewał stary standard „Cry me a river”. Powtórzył wykonanie Machaela Buble na zasadzie jeden do jednego: ten sam podkład muzyczny, dokładnie ta sama interpretacja wokalna. Żeby nikt nie miał wątpliwości wykorzystano podobną scenografię i stylizację śpiewającego. Obawiam się, że Dawid sam na to wszystko nie wpadł, ale prawa SZOŁ BIZNESU są takie same dla wszystkich. Przetrwać mogą tylko ci, którzy mają dobrych doradców, a najlepiej gdy sami są głównym doradcą. Polska piosenka także nieco dziwnie wykonana, ale przecież wokalista sam tego aranżu nie zrobił. Czyżby Tatiana robiła wszystko żeby jej podopieczny odpadł? Nie posądzam jej o taką głupotę, ale nie od dziś widać, że p. Okupnik forsuje duża słabszą Ewelinę.

No cóż, jaki SZOŁ BIZNES takie gwiazdy:-)

Zostaw komentarz

*

code