Paluch i jego „MAPA” donikąd. [RECENZJA]
To już drugi album artysty w tym roku. Co prawda teraz tylko EP-ka, ale niewiele się zmieniło. Paluch nadal pokazuje, że jego buńczuczne hasła obrony czystości gatunku są już tylko deklaracjami bez pokrycia. Jego rap jest grubociosany i bez polotu. I czy to jest jeszcze rap?
Honoru tego materiału bronią goście, zwłaszcza Pezet pomagający w „Malinowej Mambie” i Gibbs w najciekawszym tutaj „36.6”. Te dwa utwory są atrakcyjne, ale stylistycznie to taki hip hop dla początkujących, co w przypadku doświadczonego rapera jest raczej obciachem. Paluch kompletnie nie przejmuje się solą gatunku, czyli rytmem, dla niego liczy się wyskandowanie tekstu na tle jakiejkolwiek muzyki, bo chyba nie można mieć wątpliwości, że podkłady OERa w tym albumie są absolutnie przypadkowe. I szkoda, bo w muzycznie bezbarwnym „Podaj pena”, Miły ATZ pokazuje Paluchowi, że jednak można było się pokusić o jakąś finezję.
6/10








