Skip to content
30 paź / Wojtek

Paul McCartney – „Egypt Station” [RECENZJA]

Ten album musiał się ukazać.

Najsłynniejszy żyjący bitels cały czas jest aktywny koncertowo – w niedawno zakończonej wielkiej trasie znalazła się także Warszawa. Rozmawiąjąc z kilkoma osobami  przed koncertem usłyszałem, że głównie chodziło o spotkanie z legendą, ale też wysłuchanie starych, dobrze znanych piosenek, zwłaszcza tych wykonywanych przez The Beatles. A przecież po rozpodnięciu się kapeli McCartney wydał 30 płyt, w tym 18 solowych. I ten repertuar jest dla artysty ważny, więc nowy album jest jak najbardziej na miejscu. W ten sposób muzyk pokazuje, że mimo "poważnego wieku" nadal jest twórczy. Zbliżający się do osiemdziesiątki artysta zapewne mógłby powiedzieć to samo, co Mick Jagger podczas tegorocznego koncertu w Warszawie, w nawiązaniu do ustawy określającej wiek emerytalny polskich sędziów:-)

Mimo że McCartney nagrywa płyty regularnie, to "Egypt Station" jest wyjątkowa.

Album po raz pierwszy osiągnął pozycję nr 1 na  liście przebojów Billboard 200. Również okładka, reprodukcja obrazu samego McCcartneya z 1988 roku, to kolejny wyróżnik wyjątkowości. Wniosek? Warto próbować znając swoją wartość. A McCartney nie musi niczego udowadniać, bo jako kompozytor jest ciągle ikoną. 

Na płycie umimeszczono aż 16 piosenek premierowych.

Dla fanów artysty to niewątpliwie gratka – wszystkie utwory noszą znamiona przebojów, może nie tak chwytliwych, jak te z początku działalności, ale to tylko kwestia odpowiedniej otoczki i ilości powtórzeń w stacjach radiowych. Na pewno nie znajdziemy tutaj nowoczesności. I może dobrze, bo nie ma nic gorszego, jak udawanie młodzieniaszka. McCartney zna swoje miejsce w szeregu, więc wie, że jego siła to dobre melodie i solidne wykonanie  Na pierwszym planie są tu piosenki typowane przez wydawcę na przeboje: "Dominoes", "Fuh You". Mnie jednak bardziej przyciągają utwory nie tak oczywiste, ale dzięki niebanalnej linii mellodycznej i perfekcyjnemu wykonaniu są ozdobą krążka: "Happy with You" i "I don't Know". I właśnie strona realizacyjna to największy atut albumu. Rzetelne wykonanie instrumentalne w połączeniu z nie tak już mocnym głosem artysty daje zankomity efekt. Właśnie minimalizm i profesjonalizm to elementy, na które może sobie pozwolić doświadczony muzyk z wyobraźnią. Przykładem jest tutaj piosenka "Do It Now", która dzięki ciekawej koncepcji wykonawczej nie jest już tak banalna.

Tym tekstem zamykam swój jesienny tryptyk poświęcony starszym panom. 

Początkowo miało to być słuchanie głównie z ciekawości, jednak szybko okazało się, że na tych panów można liczyć. Paul Simon nagrał stare piosenki w świetnych nowych aranżacjach, zmieniając często charakter swoich utworów, a Gilbert O'Sullivan zaproponował może nie odkrywczy, ale całkiem przyzwoity i profesjonalnie wykonany  materiał premierowy. Podobnie Paul McCartney – jego płyta pokazuje, że prawdziwy artysta poradzi sobie w każdych warunkach. I może nie jest to album, który zdominuje ceremenię rozdania nagród Grammy, to warto go posłuchać. Takich muzyków, funkcjonujących na naszej scenie ponad 50 lat, tworzących podwaliny pod współczesną muzykę popularną, należy szanować, a jeśli przy okazji nagrywają oni niezły materiał, to nie pozostaje nam nic innego jak wielki szacun!!!

9/10

Zostaw komentarz