Skip to content
25 lut / admin

Pentatonix – „The Lucky Ones” [RECENZJA]

To już ósma płyta, czym zespół stara się chyba pobijać rekordy. Bo jeśli zauważymy, że pierwszą płytę kapela wydała w 2014 roku, to rzeczywiście tempo robi się niezwykłe. A w świecie zespołów wokalnych drugiego podobnego nawet przypadku nie ma. No właśnie, dlaczego ta jedyna grupa tak mocno się wyróżnia od pozostałych? Odpowiedzią mogą być jej początki – „Pentatonix” zaistniał w mediach dzięki udziałowi w talent show, w którym co tydzień musiał wykonać nową piosenkę, w ten sposób pokazał się aż 9 razy. A że format programu miał swoje prawa widowiskowe, to zespół pozycjonował się jako grupa, której bliżej do musicalu niż prawdziwego wielogłosowego śpiewania. I tak rzeczywiście zespół początkowo funkcjonował. Pewnie dlatego zyskał tak dużą, zaskakującą wręcz popularność, także wśród bardzo młodych słuchaczy. Pisałem tutaj o wszystkich wcześniejszych albumach zespołu, więc pamiętam, że momentem przełomowym był album „Top Pop, Vol 1”, bo nagle wszystko zaczęło brzmieć zupełnie inaczej, dużo bardziej profesjonalnie i artystycznie. Za tą nagłą odmianą stał świetny aranżer Ben Bram, który jako producent albumu rozpoczął współpracę z zespołem.

Tym albumem zespół mocno nawiązuje do tych właśnie telewizyjnych początków. Można odnieść wrażenie, ze płyta została zrobiona naprędce, a po umiejętnościach dobrego harmonicznego śpiewania, po efektach udziału Bena Brama właściwie nie ma już śladu.

Na szczęście zespół wyzbył się już prawie całkowicie maniery, śpiewa czysto, bez niepotrzebnych ozdobników. Trochę jeszcze ta klasa pobrzmiewa w piosence tytułowej. Jednak jest to raczej śladowe, bo przytłoczone popowym blichtrem. Ambicje członków zespołu do zaprezentowania materiału autorskiego pokazały, że gustem muzycznym jest im bliżej do tanich zespołów popowych.  Jedyna piosenka, która mi się podoba to „Exit Signs”, bo i utwór atrakcyjny, i zrobiony nieco inaczej. Można nawet odnieść wrażenie, że to nowsze wcielenie The Carpenters, zespołu, który swoje triumfy odnosił 50 lat temu.

Ta płyta prowokuje pytanie, czy sztuka woli tempo kosztem jakości? No właśnie, tym różni się prawdziwa sztuka od sztuczek, zwłaszcza w elektronicznym XXI wieku.

7/10

Zostaw komentarz

*

code