Skip to content
13 Wrz / Wojtek

Pokahontaz – „Renesans” [RECENZJA]

"Lepiej późno niż nigdy, bo kiedy? Złam kod Enigmy, uwolnij potrzeby"

To moje pierwsze spotkanie z Pokahontaz. Dziwne? No raczej. Zwłaszcza kiedy odkryłem, że to formacja założona po rozpadnięciu Paktofoniki przez jej dwóch członków. A kiedy posłuchałem albumu zrobiło mi się jeszcze głupiej. Człowieku, jak ty się uchowałeś nie znając tego wykonnawcy?  Albo – jak to możliwe, że tak dobry zespół, który właśnie wydaje piąty album, nie dotarł do mnie wcześniej? No dobrze, nie będziemy tego dłużej roztrząsać – posypałem się popiołem, złamałem kod i uwolniłem swoje potrzeby słuchania dobrych rzeczy. Bo tu tyle się dzieje, że za każdym razem, po kolejnym przesłuchaniu "Rensesansu", odkrywałem coś nowego, interesującego i świetnie wpisującego się w koncepcję albumu.

"Już prawie ćwierć wieku przemierzamy kraj"

Dwie główne osoby albumu pokazują swoje doświadczenie na każdym kroku. Znakomicie dogaduje się wysoka barwa Rahima z niskim, pięknie brzmiącym Fokusem. Ich raperskie uzupełnianie się, ale jeszcze bardziej wspólne brzmienia są fundamentem albumu. Zwłaszcza, że ta mieszanka głosowa to także połączenie tekstów obu panów. A te teksty są dla gatunku trochę nietypowe – tu nie ma narzekania ani użalania się nad sobą. Teksty wystrzeliwane z szybkością karabinu ukrywają tyle smaczków na zasadzie szybkiego montażu filmowego, że potrzeba czasu, aby to wszystko poodkrywać. I do tego kilka teledysków. To raczej rzadkość w Polsce, bo zaledwie 2 miesiące po premierze płyta jest promowana aż 7 ciekawymi klipami. 

"Muzyka to paliwo nie lajki"

Dla mnie gwiazdą tego albumu jest Magiera. Aż się dziwię, że ten bardzo ostatnio zajęty człowiek miał czas na produkcję takiej perełki. W tym roku powstało już kilka albumów jego produkcji, w tym bardzo dobry, koncepcyjny "Blur" stworzony z Małpą. Na tym tle "Renesans" wybija się w każdym elemencie. Tak dobrej muzyki na albumie hip-hopowym nie słyszałem dawno. Nawet kilka razy pomyślałem, czy tu muzycznie nie jest za gęsto, bo w tym dźwiękowym bogactwie trochę ucieka słowo. Ale o tym za chwilę. Właściwe każdy utwór czymś zaskakuje w warstwie muzycznej. Dla mnie mistrzem jest "Diler liter". W tym jednym utworze  dzieje się więcej niż w niejednym całym polskim albumie. A w dodatku fenomenalni goście: Vito Bambino z Bitaminy i pianista klasyczny Tymoteusz Bies. Ci panowie tak pomogli, że zamiast roli artystów drugiego planu tu są dla mnie głównymi bohaterami. Zresztą Tymoteusz świetnie zagrał też w utworze tytułowym. 

Podobnie, a może jeszcze bardziej podobają mi się "Letnie dzieci". Bo tu nawet ciekawy, prowokacyjny tekst schodzi na drugi plan – spycha go znowu muzyka. Szczęka mi opadła na krótkim fragmencie zaśpiewanym przez Jota – stawiam, że to może być najciekawszy wokalista nowego pokolenia. Jego partia konkuruje tutaj ze wstawkami "letnie dzieci", zaśpiewanymi jakby pod prąd. Takie drobiazgi świadczą o maksymalnym dopieszczeniu krążka!

"Nie robię tego hurtem, dbam o detale"

Bo właśnie detale są tu imponujące. Oczywiście wszystko osadzone jest na znakomitej muzyce i wpisanymi w nią tekstami. Do tego dobre wykonanie osób pierwszego i drugiego planu. Mnie także zachwyciły te plany odległe. Bo nagle słyszymy jakieś "parampampam", wstawki pseudolatynoskie, od niechcenia śpiewającą zaledwie kilka dźwięków anonimową wokalistkę, albo jakieś odklejone bałałajkopodobne brzmienia, delikatny damski chórek,  klawesyn albo weselne "klawisze", a jako wisienka na torcie krótki fragment wypowiedzi Piłsudskiego. Jednym słowem zaskok za każdym rogiem. Obawiam się jednak, że młody słuchacz może tego nie docenić. A może o to chodziło, żeby każdy, niezależnie od swojego stopnia muzycznego wtajemniczenia, znalazł coś dla siebie. Bo przecież…..

"Tu nie chodzi o PESEL"

Imponuje mi, że raperzy, którzy są na tyle samowystarczalni, że mogą sami opowiedzieć nam ciekawą historię, zapraszają mnóstwo ciekawych gości. Jest ich tylu, że koncert z udziałem ich wszystkich byłby na pewno niemożliwy. Oczywiście na pierwszy plan wysuwają się zaprzyjaźnieni raperzy: Donguralesko, Minix, Kleszcz, Vixen, LotDrozda, Bober i Abradab. W tym zacnym towarzystie zaskoczyło mnie dwóch artystów. Oprócz wspomnianego wcześniej Jota zainteresowało mnie to, w jaki sposób ze światem komunikuje się Young Igi. Jego krótki udział w "Burzy mózgu" dodaje świeżości. I nawet wyjątkowo nie przeszkadza mi użycie auto-tune'a, bo rekompensatą jest zabieg złamania oktawy podczas rapowania. No, no, to się nazywa kreatywność:-)

"Trueschool czy newschool? Jedziemy na tym samym wózku"

No właśnie. Kilku recenzentów, ale też sami artyści określają ten album jako oldschoolowy. I po co? Jaki sens ma nazywanie, że to jest jazz, a to R&B? Przecież w dzisiejszej muzyce dzielenie na kategorie, albo ocenianie porównawcze to szkoda czasu. Muzyka może być dobra lub ta druga. Ewentualnie może być też taka, która nam się nie podoba, mimo że czujemy w niej potencjał. Dla mnie muzyka w "Renesensie" jest tak dobra, że szkoda mi czasu na zastanawianie się, czy to nowoczesne czy nie.

"Wchłonęła mnie czarna dziura"

Długo, bardzo długo nie mogłem ogarnąć tego albumu całościowo. Podobało mi się mnóstwo detali i właściwie wszystkie utwory, nawet te proste w odbiorze. Ale ciągle nie potrafiłem tego jakoś spiąć. Ciągle miałem wrażenie, że to takie pyszne czekoladki, których nie da się zamknąć w jednym pudełku. I nagle, zupełnie osobno trafiam na bonusową "Czarną dziurę". I nagle wszytko mi się spina. Dlaczego akurat ten utwór został wyjęty z kontekstu oficjalnego albumu? Prawdopodobnie chodziło o producenta, bo to jedyny utwór, przy którym nie brał udziału Magiera. A może chodziło o zaskoczenie takich malkotentów jak ja? …..No to się udało!

8/10

 

 

Zostaw komentarz

*

code