Skip to content
17 sie / Wojtek

Ragz Originale – „keepsake” [RECENZJA] 

Drugi album tego ciągle mało znanego artysty to potwierdzenie, jak trudno w niektórych krajach przebić się nawet z bardzo dobrą muzyką. Tym artystą zainteresowałem się od razu. Trafiłem na niego przypadkowo, ale już po jednej piosence  z tego albumu wiedziałem, że to moje klimaty. Kolejny raz sprawdzają się sugestie aplikacji streamingowej,  bo dzięki nim poznałem wielu ciekawych artystów.

„keepsake” to podróż dookoła świata, przez różne klimaty i stylistyki, w których artysta dzieli się przemyśleniami na temat jego życia i osobistych obserwacji, przykładowo w „mad ova you” zabiera nas do Nowego Jorku, a w „Bare Sugar” do Paryża. Mamy też elementy bardziej egzotyczne, jak Bali i origami.

W tym albumie piosenki są krótsze  – w 28-minutowym albumie mieści się aż 12 utworów. Również konstrukcyjnie jest inaczej niż zazwyczaj – większość piosenek zaczyna się lub kończy zaskakująco. Za to ich realizacja jest dopieszczona, dużo się dzieje w warstwie tekstowej i melodycznej, a głosowo artysta skupia się rzetelności, bez fajerwerków i popisywania się. Podobnie jest z jego licznymi gośćmi, każdy jest tu po coś i każdy dodaje specjalnego kolorytu, jak Sharlene Klarice w „tied up” albo Vanessa Tha Finessa w „all gas no brakes”.   Jednak wydaje mi się, że Budgie w „same bed” chyba śpiewa zdecydowanie nieczysto.

Takich albumów słucham z dużą przyjemnością, zwłaszcza gdy artystę spotykam po raz pierwszy. I już wiem, że to na pewno będzie dłuższa znajomość. 9/10
Zostaw komentarz