Ralph Kaminski – „GÓRA” [RECENZJA]
Kilka miesięcy temu artysta informował, że pracuje nad nowym materiałem. I że będzie on inny niż wszystko wcześniej, jeszcze bardziej osobisty. Jednym słowem – nowy on. Warto więc poczekać, bo może ostatni album arcydziełem nie był, ale mówimy o artyście z potencjałem, artyście, który lubi zaskakiwać. No i jest, tzn. jest album, ale niespodzianki nie ma, bo „Góra” to nic nowego – ten sam Ralph Kaminski. A nie, przepraszam, jest dużo gorzej niż można się było spodziewać.
Kiedyś było prościej. Twórcy pisali repertuar, a wokaliści go wykonywali. Nie wszyscy oczywiście, bo byli też artyści choćby częściowo samodzielni. Teraz jednak proporcja jest odwrotna, bo zdecydowaną większość stanowią wokaliści, którym się wydaje, że mogą dla siebie pisać. A w tym wydawaniu utwierdzają ich miłośnicy tłumnie przychodzący na koncerty. Ralph Kaminski na pewno mógłby przebierać w przyzwoitych twórcach, którzy chcieliby z nim współpracować. Zdecydował się jednak na atakowanie własną twórczością. Trudno jest jakoś mocno krytykować teksty, bo mówią o osobistych przeżyciach i doświadczeniach. Nie każdemu musi się podobać sposób, w jaki artysta o tym opowiada, jednak połączenie tych tekstów z prostą i strasznie banalną muzyką to już coś, czego nie da się „odsłyszeć”.
Większość piosenek męczy strasznie, epatując patosem i bolesną dosłownością, z kumulacją w piosence tytułowej. Właściwie jedyna, którą mogę zaakceptować jest „Nie bój się na zapas”. Co prawda jest to utwór bardzo w klimacie ostatniego albumu, ale chwytliwy i optymistyczny, a video do niego to jedyna rzecz, która mnie zaskoczyła pozytywnie.
Sądząc po euforii słuchaczy po wydaniu poprzedniego albumu spodziewam się, że ten najnowszy spotka się z podobną reakcją. Tak, ludzie lubią takie klimaty, a muzyka i styl, a raczej jego brak, im kompletnie nie przeszkadzają.
4/10








