Skip to content
23 cze / Wojtek

Roger Waters – „Is This the Life We Really Want?” [RECENZJA]

Czy starszy pan potrafi jescze nagrać ciekawą płytę? O tak! Najnowszy krążek Rogera Watersa pokazuje wszystkim niedowiarkom, że mimo  swoich 74 lat artysta  trzyma się całkiem dobrze. Potwierdzeniem może być fakt, że z 11 solowych albumów artysty (pierwszy został nagrany w 1970 roku) aż 5 powstało w XXI wieku. Do nowych płyt artystów z długim życiorysem zawsze podchodzi się z dystansem. Bo z jednej strony ma się w pamięci wszystkie wcześniejsze dokonania, ale z drugiej nie chce się oceniać czegoś z litości. Tymczasem Waters nagrywa krążek, którego słucha się z wielką przyjemnością.

Z tym panem wiąże się wiele ciekawych historii. Główna to oczywiście jego olbrzymi wkład w sukces Pink Floyd. Jednak sukces ten został okupiony ciągłą walką, głównie z drugim filarem kapeli Davidem Gilmourem. Przy spotykaniu dwóch tak silnych osobowości muzycznych musiało w końcu dojść do otwartej walki, zakończonej głośnym odejściem Watersa z zespołu. Jeszcze na zakończenie współpracy zespół nagrał płytę „The Final Cut”, którą uważa się za pierwszą solową Watersa, bo mimo że nagrała ją kapela w tym samym co zawsze składzie, to cały materiał powstał w głowie jednego muzyka. Kariera solowa artysty była więc naturalną konsekwencją rozłamu w zespole. Waters przez wiele lat toczył procesy sądowe o prawo do używania nazwy grupy. Ostatecznie przegrał i dopiero w 2005 „pogodził się z zespołem”, występując z nim w ramach organizowanej przez Boba Geldofa trasy Live 8. Był to jednak jednorazowy epizod.

Pod względem formalnym bardzo trudno ocenić materiał zgromadzony na „Is This the Life We Reall Want?”. Zgodnie z opisem jest to 12 piosenek. Niestety brzmią one wszystkie bardzo podobnie. Przy pierwszym przesłuchaniu albumu można nawet pomyśleć, że to zapętlone 2-3 piosenki. Powodem tego wrażenia jest bardzo podobny sposób wykonania utworów, głównie aranżacja. Kompozycyjnie utowory są jakby lekko wtórne i po „pink-floydowsku” przewidywalne. To co jednak na płytach kapeli w latach 70-tych było dla mnie trochę przesadzone i udziwnione, teraz nie przeszkadza mi kompletnie. I może to jest odpowiedź, dlaczego nigdy szczególnie nie podniecałem się muzyką Pink Floyd. Ale prawdę powiedziawszy podobny sposób grania to nie powinien być zarzut, bo przcież każdy muzyk ma tylko jedną osobowość, nawet jeśli artystycznie się rozwija.

W tej powtarzalności muzyki udaje się jednak, po kolejnych przesłuchaniach płyty, odróżnić poszczególne piosenki i nawet zauważyć, że są one nieco inne. Dla mnie najciekawsze są te, gdzie dużo dziej się muzycznie, a cała strona muzyczna podporządkowana jest dramaturgii. Tutaj wyróżniają się „Deja Vu” i „Broken Bones”. Te utwory są najlepszym reprezentantem stylu artysty na tej płycie, czyli połączenia dojrzałości wykonawczej z elegancją. No i właśnie, nawiązując do tej elegancji – orkiestracje utworów są świetne, bardzo dobrze podkreślają muzyczny charakter utworów. Jednak wyłącznie muzyczny, bo w tym kontekście częste przekleństwa, na które Waters sobie pozwala, są co najmniej nie na miejscu.

Całość został sprytnie wymyślona jako spójna opowieść, czemu pomagają interludia, którymi przedzielone sa piosenki. Te przerywniki, fragemnty programów radiowych, znowu przypominają nam stylistykę Pink Floyd. Ma to wszsytko jednak swój sens i w połączeniu z bardzo dobrze nagranym materiałem tworzy nie lada gratkę dla miłośników tego artysty. Do sukcesu krążka niewątpliwie dołożył się jego producent – Watersowi udało sie namówić do współpracy Nigela Godricha, głównie znanego ze współpracy z zespołem Radiohead. Takiego wigoru i ciągłęj wyobraźni można Watersowi pozazdrościć.  Nie zdziwię się, jeśli za jakiś czas muzyk nagra jeszcze jakiś album.

9/10

 

 

Zostaw komentarz

*

code