Skip to content
11 kw. / Wojtek

„Smeels Like Teen Spirit”

Dzisiaj przyglądamy się legendarnej piosence legendarnej kapeli Nirvana. Legenda Nirvany wiąże się, albo nawet wynika z legendarności jej frontmena Kurta Cobaina. Ten charyzmatyczny muzyk, jak przystało na członka Klubu 27 (Forever 27 Club), do dzisiaj budzi ogromne emocje, podobnie jak wszyscy, którzy na liście tego klubu się znajdują. Dla przypomnienia: Klub 27 to nieformalna grupa wpływowych muzyków z gatunku rocka, bluesa i R&B, którzy zmarli w wieku 27 lat. W tym towarzystwie są wielkie nazwiska, tworzące historię rocka: Brian Jones, Jimmy Xendrix, Janis Joplin, Jim Morrison, Emmy Winehouse.

„Smells Like Teen Spirit” to największy przebój Nirvany, umieszczony na 6. miejscu listy Hot 100 magazynu Billboard. Piosenka została także okrzyknięta „hymnem apatycznych dzieci” pokolenia X. Interesująca jest geneza powstania tekstu piosenki, począwszy od jej tytułu. Wiele osób próbuje tłumaczyć go dosłownie i powstają twory w stylu „śmierdzi jak duch nastolatka”. A prawda jest bardzo banalna. Inspiracją dla Cobaina był napis na ścianie jego pokoju, wykonany przez przyjaciółkę – Kathleen  Hanna (wokalistka Bikini Kill): „Kurt pachnie jak Teen Spirit”. Cobain zinterpretował ten napis jako slogan, nawiązujący do idei rewolucji, bo tematyka buntu, anarchii i punk rocka była częstym tematem ich rozmów. W rzeczywistości Hanna miała na myśli dezodorant Teen Spirit, który właśnie pojawił się w sprzedaży i którego używała dziewczyna Cobaina. Wokalista twierdził później, że nie zrozumiał aluzji, gdyż o istnieniu dezodorantu tej marki dowiedział się dopiero kilka miesięcy po wydaniu singla. Po jakimś czasie Cobain o swoim tekście mówi: „Utwór bazował na wielu sprzecznych ze sobą pomysłach. Jest raczej żartem z idei rewolucji. Rewolucja jest jednak niegłupim pomysłem”. Jednak inny członek zespołu, perkusista Dave Grohl mówi zupełnie coś innego: „Fakt, że Kurt napisał słowa do Smells like Teen Spirit zaledwie pięć minut przed ich pierwszym zaśpiewaniem, dowodzi, że utwór nie ma zbyt wiele do powiedzenia o czymkolwiek. Kurt potrzebował jedynie dobrych rymów i sylab, by wypełnić wersy”.

               

Zachwycające jest, że piosenka, która początkowa była hymnem wielu zbuntowanych młodych ludzi i swoistym znakiem czasu, dzisiaj należy do kanonu muzyki. I to muzyki w rozumieniu szerszym, bo próby niektórych artystów traktujących tę piosenkę jak standard lub wręcz fundament swoich poszukiwań, są niezwykle interesujące.

Jedną z pierwszych wersji „Smells Like Ten Spirit”nagrała Tori Amos. Pierwotnie była to jedynie wersja fortepianowa, później nagrano wersję wokalną. Właśnie to nagranie służy wielu wykonawcom jako wzór coverowania. Sam Cobein propozycję wokalistki określił jako śniadaniową, lekką alternatywę dla utworu.

               

Nie jestem pewien, czy ta wersja jest lekka, a fakt, że nie ma tam ciężkiego rockowego akompaniamentu, nie pomniejsza przesłania płynącego z piosenki. Ta wersja jest po prostu mądra i interesująca. Być może następny przykład, tym razem wersja instrumentalna, mógłby się Cobeinowi podobać bardziej.

               

Ci wspaniali chorwaccy wiolonczeliści, specjaliści od lżejszej muzyki, pokazują, że aby grać nawet taką muzykę, trzeba posiadać warsztat i muzykalność. I tego na pewno nie można chłopakom odmówić.

Wersja Tori Amos była zaskakująca, bo wokalistka pozwoliła sobie na odejście od rockowego charakteru utworu i postawiła na klimat i przesłanie. Na tym tle wersja Paula Anki jest jeszcze bardziej odważna. Takie swingujące, rozrywkowe oblicze piosenki kojarzonej wcześniej z ciemnymi barwami, może zaskakiwać. No cóż, ilu artystów, tyle wizji.

               

Wersje  instrumentalne to osobny rozdział w życiu „Smells like Teen Spirit”, bo tych nagrań jest zadziwiająco dużo, a kilka jest niezwykle interesujących lub nawet wybitnych. Wielu muzyków traktuje ten utwór z namaszczeniem, wznosząc jego melodię do poziomu muzyki szlachetnej – symfonicznej lub jazzowej, a przede wszystkim artystycznej. Ciekawe, co o takiej wersji powiedziałby Cobain.

               

Interesujące jest, że utwór, który nie jest fajerwerkiem muzycznym, inspiruje wielu wspaniałych muzyków do tworzenia arcydzieł, bo takim jest nagranie Leszka Możdżera. Może więc w muzyce nie zawsze najważniejsze są dźwięki, ale również to, czym jest dla nas cały utwór. W tym przypadku artyści, grający swoją wersję tej piosenki, są uskrzydleni przez przesłanie, z jakim jest ona kojarzona i to inspiruje ich do „umuzycznienia” tematu pierwotnego.

Nagranie Davida Garretta może nie jest tak misterne jak wersja Możdżera, ale ciekawe z kilku względów. Interesująca jest orkiestracja akompaniamentu, co powoduje, że dla niektórych słuchaczy utwór w tej wersji może pretendować do muzyki symfonicznej. To podobne zjawisko do opisanego przy innej okazji [„You raise me up”] fenomenu Josha Grobana. Tutaj jednak nie mamy do czynienia z quasi operowym głosem. Po prostu klasyczny muzyk z solidnym warsztatem i niezłą wyobraźnią bawi się konwencją, przy zachwycie ogromnej widowni.

           

W nieco inny sposób konwencją bawi się grupa RDM (Rhythms del Mundo), która specjalizuje się w muzyce spod znaku Buena Vista Cocial Club. Ładnie zagrane, z ciekawą aranżacją, stylowo zaśpiewane. Jakże inaczej brzmi ta piosenka w nowej koncepcji rytmicznej.

               

W podobny sposób potraktował ten utwór zespół Italian Secret Service. Okazuje się, że jeśli ma się pomysł, to można wyczarować nowe, nieprzewidywalne klimaty. Co prawda w takim podejściu piosenka nabiera klimatu tanecznego, ale ilu artystów, tyle wizji.

               

Niewątpliwie z określoną wizją mamy do czynienia, słuchając nagrania chóralnego. Tu słyszymy piękne malowanie nastroju. Szczególnie pierwsza, śpiewana unisono część, zachwyca misternym frazowaniem i budowaniem ciekawego klimatu. Szkoda, że druga część nie jest bardziej nowoczesna, bo oparcie harmonii głównie na sekstach trochę rozczarowuje. No cóż, widocznie autor opracowania miał taki akurat pomysł na tę piosenkę.

               

Kolejna propozycja, wersja zespołu Winter Gloves to klasyczny minimalizm, czyli coś, z czym sztuka zawsze czuła się najlepiej. To nagranie to zabieg podobny do digitalizacji starych filmów – słyszymy tu wersję bardzo zbliżoną do oryginału, ale poddaną zabiegom unowocześnienia.

               

Gdyby ktoś miał za mało nowoczesności, to wersja Rene Amesz&Baggi Begovi powinna go zadowolić. Taka, klubowa wersja, jest chyba ideowo najbliższa pierwotnemu przesłaniu i próbie zmierzenia się z legendą Nirvany.

Muszę przyznać, że wcześniej nie przypuszczałem, że piosenka, która jest dla większości z nas symbolem, ale muzycznie nie należy do szczególnie atrakcyjnych, może mieć tyle udanych prób kowerowania.  I to jest chyba kolejny dowód na to, że legendy rządzą się swoimi prawami. Sam fakt, że powstało tyle ciekawych, niejednokrotnie zaskakujących wersji tej piosenki, jest chyba najlepszym tego przykładem. Być może nie wszystkie próby są zgodne z legendą piosenki, jednak żadnej zaprezentowanej wersji nie można odmówić przemyślanej koncepcji i konsekwencji w jej zrealizowaniu. Przecież legenda rządzi się swoimi prawami, a ilu artystów, tyle wizji.

 

 

 

 

 

 

 

                               

komentarze 2

zostaw komentarz
  1. kasia / 30 kw. 2013

    świetny blog! nareszcie znalazłam blog o czymś co mnie interesuje! Na pewno będę twoją czytelniczką 🙂

  2. Wojtek / 6 maj 2013

    Bardzo dziękuję. Będę się starał:-)

Zostaw komentarz

*

code