Spięty – „Full H.D.” [RECENZJA]
Spięty, świadomy i bardzo dojrzały artysta nie lubi próżni. Po udanym albumie „Hardcore” nagrywa coś jeszcze bardziej odjechanego. Swoje obserwacje zamienia w zgrabne teksty. Szkoda, że warstwa muzyczna nie nadąża, ale może to także cześć koncepcji?
Spięty umie pisać teksty, niektóre frazy zostają w głowie. Zastanawiam się, jak te piosenki brzmiałyby w wersji z jedną gitarą, bez tego często przesadzonego, drażniącego aranżu. Bo może wtedy mielibyśmy do czynienia ze stylistyką przypisywaną bardom? Tak, tam muzyka jest tylko tłem dla warstwy lirycznej. I w przypadku tego albumu nawet nie chodzi mi o same linie melodyczne, które pewnie można było jakoś ograć, ale nieadekwatną, często zbyt ciężką oprawę. To już zaczyna się robić nasza polska specjalność, a raczej skansen. Bo nawet kiedy można pomyśleć, że muzycznie Spięty idzie w stronę pastiszu, to jednak jest zbyt serio. Tu dwa dobre utwory, które są najlepszym przykładem przerostu formy nad treścią: „Język Płocki” i „Najstarszy Chłopczyk”. Za to w „Zapaleniu Przedrostka” i „Samowolnym Opuszczeniu Ciała” wszystko jest na swoim miejscu, ale to chyba jedyne takie utwory.
Do twórczości Spiętego nie powinno podchodzić się bez przygotowania, bo można się zrazić na amen. Kiedy jednak wiemy, że wcześniej był liderem Lao Che, kiedy znamy chociażby kilka jego utworów solowych, to znacznie łatwiej nam wejść do tego nieco dziwnego świata. I jeśli w poprzednim albumie ta odmienność była dla mnie interesująca, to teraz jestem nieco rozczarowany.
7/10








