Skip to content
6 wrz / admin

Taco Hemingway – „Szprycer” [RECENZJA]

Po wysłuchaniu tego albumu zapytałem kilku młodych ludzi, czyli teoretycznie target Taco Hemingway’a, o znaczenie słowa „szprycer”. Żaden z zapytanych go nie znał. Może więc warto przypomnieć, że szprycer to połączenie białego wina z wodą sodową.  I teraz tytuł płyty nie powinien już być dla nikogo zaskoczeniem – artysta zafundował nam prawdziwą mieszankę. Można jedynie się zastanawiać, co jest winem, a co wodą.

W ostatnim czasie w Polsce panuje moda mieszania stylistycznego przez raperów. Te skoki w bok, a raczej romanse z piosenkami, nie zawsze się udają, bo to trochę jak wchodzenie na nowy, bardziej cywilizowany ląd. Taco Hemingway, wcześniej specjalizujący się w klasycznym rapie, znany był jako świetny obserwator codziennego życia. Tym razem artysta przedstawia się jako lekkoduch-łobuziak. Stylistycznie też jest inaczej, więcej jest brzmień bliskich piosence, chociaż śpiewanie na 2-3 dźwiękach to raczej forma pośrednia.

Album rozpoczynają i kończą ciekawie zagrane utwory „Nostalgia” i „Saldo ’07”. Już w tym pierwszym artysta może szokować, bo połączenie rapowania i śpiewania w jego wykonaniu to coś zaskakującego. A wszystko chyba głównie po to, aby zasygnalizować „inność” tego albumu. Tutaj nie mamy Taco obserwującego, ani nawet ironicznego. Bo cały album powstał w konwencji pastiszu i jeśli nie przyjmie się takiego założenia, to trudno się z tym materiałem zaprzyjaźnić. Przysłowiową „kropką nad i” jest okładka albumu, podkreślająca charakter materiału. I kiedy wszystko wydawało się dla mnie oczywiste i logiczne, nagle wszystko się zmieniło, gdy obejrzałem klip do piosenki „Nostalgia”. Jego dosłowność i chyba jednak nieporadność zabiera mi przyjemność ze słuchania tych utworów. To co mogłem sobie wyobrażać jako odjechany, lekko nierealny obrazek, nagle stało się namacalne i niestety trochę banalne. Szkoda.

To co artyście wychodzi najlepiej, to jak zwykle teksty. Tutaj Taco trzyma swój wysoki poziom. Co chwilę zachwycałem się wielką sprawnością, świetnymi frazami, cytatami i licznymi nawiązaniami do różnych ciekawostek.

Moje ulubione utwory to  prześmiewczy „Tlen” z licznymi transakcentacjami i gorzka „Karimata”. To zresztą u Taco nowość, bo wcześniej artysta dbał, aby akcenty  się zgadzały – i to kolejny dowód na inność tego materiału. I do końca nie wiemy, czy Taco Hemingway opisuje swoje życie, czy tylko jest obserwatorem. Prawdopodobnie jedno i drugie, co nie ma dla mnie większego znaczenia, bo cała płyta jest dla mnie dobrą i dosyć spójną kreacją.

Atrakcyjna jest także strona muzyczna, ale to raczej żadne zaskoczenie, bo TH od początku współpracuje z Rumakiem, który posiada świetny instynkt muzyczny i dużą wyobraźnię. Tym razem zaproszono do współpracy 3 innych muzyków (Zeppy Zepp, Borucci i Duit), którzy nieco ubarwili charakter płyty. Takie kooperacje są zawsze imponujące, bo pokazują, że artyści potrafią znaleźć wspólny flow, a nic tak nie rozwija, jak ciągłe poszukiwanie nowych rejonów.

Kiedy przyczytałem kilka recenzji w necie zauważyłem, że krytycy są podzieleni – jedni są zachwyceni, inni krytykują artystę. I może właśnie o taką mieszankę autorowi „Szprycera” chodziło? A może nadmiar bąbelków w winie nie wszytkim odpowiada? Dla mnie białe wino z wodą gazowaną jest świetnym napojem na lato. Podobnie mam z albumem „Szpcer”, bo to dobra, nieoczywista mieszanka, która jednym smakuje, innym niekoniecznie.

7/10

Zostaw komentarz

*

code