Skip to content
5 maja / Wojtek

Taconafide – „Soma” [RECENZJA]

Ten abum jeszcze przed oficjalną premierą uzyskał status platynowego. Atmosferę podgrzały aż 4 single promujące płytę. I one rzeczywiście dawały nadzieję na ciekawe wydawnictwo. Jak jednak słucha się tego w całości? Hmmmmm. I tu zaczynają się schody.

Pierwszym zaskoczeniem, jeszcze przed wysłuchaniem płyty jest fakt, że cały album sygnowany jest przez dwóch znanych, dotychczas samodzielnych raperów. Obaj artyści mają swoją ugruntowaną pozycję na naszej scenie, ale reprezentują zupełnie inne estetyki. Czy z tego ma prawo wyjść ciekawe połączenie? Dotychczas Taco Hemingway jawił się jako niezwykle inteligentny komentator rzeczywistości. Jego sposób artystycznej kreacji mocno różnił się od tego, do czego przyzwyczaili nas polscy raperzy. Co prawda wielu fanom już przeszkadzał jego ostatni solowy album, ale przecież "Szprycer" był świetnym pastiszem i próbą poszukiwania nowych obszarów krecji. Tymczasem w "Somie" przekroczono chyba tę cienką granicę, która dzieli sztukę od produktu komercyjnego. I może nie ma wielkiego bólu, bo wszystkie konceryty w ramach trasy promującej album sprzedają się znakomicie, zwłaszcza że wiele z nich odbywa się w dużych halach. Wydawało mi się jednak, że Taco, dotychczas kontestujący barbarzyńskie prawa SZOŁBIZNESU (niedawne ostetntacyjne nie pojawienie się na gali Fryderyków, gdzie przyznano mu statuetkę za najlepszy album hip-hop/rap, jest właśnie tego konsekwencją) nie lubi iść na skróty, i jeśli coś nagrywa, to w konkretnym celu. Z kolei Quenobonafide, autor najlepiej sprzedającego się albumu w ubiegłym roku, reprezentuje nurt komercyjny. I nie ma nic w tym złego. Gorzej jednak, że te dwie zupełnie różne postawy chciały się jakoś dogadać. 

W koncekwecji słyszymy album dziwny. Cały materiał wyraźnie dzieli się na dwie grupy. Z jednej strony są utwory z typowym rapowaniem – w nich głos Taco jest bardziej wyraźny i wpływający na ostateczne przesłanie. Na drugim biegunie są utwory bliższe piosenkom, bardzo nośne i atrakcyjne. I właśnie one głównie interesują młodszych odbiorców. Tutaj rządzą ciekawe "Kryptowaluty" i "Tamagoshi", a pozostałe ("Art-B", "Visa" , "Giro d'Italia" i najsłabszy "Wiem") są jedynie atrakcyjnym tłem. Zresztą taka jest cała płyta – najeżona tekstowymi gadżetami, a te jak na gadżety przystało cieszą tylko chwilę. Muzyka też jest mdła i przewidywalna. Na tym tle wyróżnia się ciekawie zagrana, odwołująca się do twórczości Grzegorza Ciechowskiego "Metallica 808".  Podoba mi się też "8 kobiet", utwór  z charakterem, bez mizdrzenia się i puszczania oczka do słuchaczy. Nie wiem dlaczego płyta nazywa się "Soma", bo piosenka pod tym tytułem jest jedną za słabszych. Jeszcze gorzej jest w przypadku "Noża" i utworu "Mleko i miód" – tutaj niestety banał króluje na dobre. 

Tę płytę trudno jednoznacznie ocenić. Jej komercyjny sukces jest niewątpliwy. Prawdopodobnie będzie to najlepiej sprzedający się album roku. Dla mnie jednak to za mało, aby mówić o prawdziwym artystycznym wydarzeniu.

6/10

Zostaw komentarz

*

code