Skip to content
7 gru / Wojtek

Sting – „57th&9th” [RECENZJA]

Po wielu latach Sting nagrywa nowy materiał. I można się tutaj zastanawiać, jak wielu recenzentów, jaka tutaj przeważa stylistyka. Tylko po co? Komu jest potrzebne zaszufladkowanie, że to jest rockowe, a tamto popowe? W przypadku tego artysty odpowiedź jest jedna – ta płyta jest w stylistyce Stinga. I żeby zamknąć ten wątek, to dla mnie poziom nasycenia Stinga w Stingu jest tutaj stuprocentowy.

Płyta zawiera jedynie 10 piosenek, mimo to dosyć mocno zróżnicowanych stylistycznie. I może całość, na tle wcześniejszych dokonań artysty, nie zachwyca, to nie mam wątpliwości, że dla większości fanów to wystarczający rarytas. Zresztą historia pokazuje, że każdemu muzykowi zdarzają się produkcje lepsze i gorsze, dobrze więc, że tutaj wstydu nie ma. Przede wszystkim od pierwszych taktów nie mamy wątpliwości, że to album Stinga, bo to artysta nie do podrobienia.  A przecież wszyscy artyści marzą o tym, aby posiadać swój własny styl, rozpoznawalny i bezdyskusyjny.  Co prawda większość utworów sprawia wrażenie, jakby powstały wcześniej, jednak nie załapały się na żadną z płyt, bo niby są jakieś, ale na tle wcześniejszego dorobku Stinga nie błyszczą aż tak mocno. 

W mediach pojawiło się wiele spekulacji, że ten album został nagrany na siłę, aby mieć pretekst do zorganizowania trans koncertowych. I to chyba największa bzdura jaką ostatnio słyszałem. Po pierwsze – nie wydaje mi się, aby Sting musiał szukać pretekstów, bo ma na świecie tylu miłośników, że nie potrzebuje uciekać się do marketingowych sztuczek. I po drugie, dużo ważniejsze – ta płyta, nawet jeśli nie jest najlepsza, musiała powstać właśnie teraz, bo to o czym opowiadają niektóre piosenki nie mogło poczekać. Sting znowu pokazał, że jest człowiekiem myślącym, martwiącym się o losy świata, ale przede wszystkim czującym i odczuwającym jak my wszyscy. Mamy więc piosenkę "50.000" upamiętniającą Princea po jego stracie, a także wielu wspaniałych artystów zmarłych w 2016 roku. Z kolei "One Fine Day" opiera się na trosce o zmiany klimatyczne naszej planety.

Ozdobą płyty  jest "Inshallah", piosenka mówiąca o modlitwie nastoletniego uchodźcy z Bliskiego Wschodu. Jeśli ktoś kiedyś będzie robił zestawienie najważniejszych utworów Stinga, to ten powinien się w nim znaleźć, bo to piosenka znakomita. Zaraz po tym utworze słyszymy drugą świetną balladę. Paradoksalnie "The Empty Chair" nawiązuje do podobnych wydarzeń, ale z zupełnie innej strony, bo to nawiązanie do zamordowania przez Państwo Islamskie amerykańskiego dziennikarza Jamesa Foley'a. Te dwie piękne ballady są dla mnie wystarczającym uzasadnieniem nagrania albumu. A że reszta materiału niczym szczególnym się nie wyróżnia? Trudno, mimo wszystko lepsza jest spokojna stagnacja, niż udawanie nowoczesnego na siłę. I może dlatego tytuł albumu (skrzyżowanie w Nowym Yorku, które Sting codziennie przekraczał w drodze do studia nagraniowego) ma też zasygnalizować, że zaczynamy kolejny "dzień jak co dzień"

Warto także zwrócić uwagę na czynniki drugoplanowe. Oprócz okładki i tytułu  – skromność, codzienność płyty podkreślana jest na wiele sposobów. Jednym z nich, bardzo istotnym, jest skromna oprawa muzyczna. Stinga stać na bogate instrumentacje i najlepszych na świecie muzyków. Mimo to artysta stawia na ascezę, i nawet w tych piosenkach, w których jest mocniej, akompaniament jest bardzo stonowany. I to jest właśnie klasa artysty. Dlatego ten album warto wysłuchać kilkanaście razy – po pierwszym było rozczarowanie, po drugim lekkie zaciekawienie, a potem to zainteresowanie rozpalało się od podziwu do zachwytu. I oto właśnie chodzi!

Moja ocena: 7/10

 

Zostaw komentarz