Skip to content
24 lut / admin

Terrace Martin i jego „Drones”, czyli nudnawy profesjonalizm [RECENZJA]

Terrace Martin pokazuje swój nowy, pierwszy od 5 lat solowy album, chociaż w przypadku tego artysty lepiej jest powiedzieć, że to projekt autorski. „Drones” sygnowany jest nazwiskiem artysty, więc z tego punktu widzenia to dzieło solowe, w kontraście do kilku wcześniejszych albumów nagrywanych z innymi, wymienionymi jako współgospodarze muzykami. Lecz nie dajmy się  nabrać, tym razem niewiele się zmieniło. Martin nadal zaprasza duże grono muzyków, można się nawet zastanawiać, ile w tym wszystkim  jest wypadkowej talentu tak wielu osób?

Terrace Martin to instytucja, nazwisko świetnie znane w branży, gorzej z ogólną rozpoznawalnością. Ale to chyba nie problem, skoro artysta ciągle ma robotę, pisze piosenki dla największych, produkuje świetne, nagradzane albumy. Lista jego gości na „Drones” to przegląd muzyki popularnej początku XXI wieku – raperzy (Ty Dolla $ing, Kendrick Lamar, Snoop Dogg, Cordae, Smino, Channel Tres, YG, D Smoke, Hit-Boy), wokaliści (Arin Ray, Celeste, Malaya, Leon Bridges, Kim Burrell) i świetni muzycy wcześniej już z Martinem współpracujący: pianista Robert Glasper i saksofonista Kamasi Washincton. Dodajmy jeszcze wybitnego muzyka, twórcy piosenek dla wielu giazd (Chris Brown, Justin Timberlake, Bruno Mars, Beyonce, Rihanna), Jamesa Fauntleroy’a. Tytułowe „Drones” to właśnie pokazanie siły, czterech znakomitych gości mocno wpływa na charakter piosenki. Podobnie jest w większości utworów – uwagę zwraca bogactwo formy, muzycznie jest gęsto i nowocześnie. Można się jedynie zastanawiać, czy takie piosenki są dla nas atrakcyjne.

„Drones” to album, którego dobrze się słucha. Jednak po jego zakończeniu niewiele zostaje, prawie nic nie pamiętamy. Właściwie jedyna piosenka, którą z tym albumem utożsamiam to „Don’t Let Go”, mimo że jest zdecydowanie najkrótsza. A na zakończenie dostajemy rarytas – „Listen” utrzymany w  klimacie całego krążka, ale tutaj, w natłoku elektroniki i wielu udziwnień uwagę zwraca niezły wokal Kim Burrell, a przede wszystkim wyłaniająca się jak z dymów po fajerwerkach fantastyczna partia fortepianu Glaspera. Więc może ten album nie jest taki straszny?

8/10

 

 

 

 

 

Zostaw komentarz

*

code