Grzegorz Turnau – „Szósta godzina” [RECENZJA]
Każdy artysta, który szczyt kariery ma już za sobą, na pewno inaczej podchodzi do kolejnych płyt. I dobrze, jeśli ma świadomość, że to, co najlepsze, już odjechało. W swoim najnowszym, osiemnastym albumie Grzegorz Turnau nawet nie usiłuje nawiązać do swoich najlepszych czasów, ale też nie mizdrzy się, po prostu zna swoją wartość i wie jak opowiadać historie. Tak jest np. w autorskiej piosence tytułowej.
W 14 piosenkach artysta opowiada o swoim obecnym stanie ducha, dużo wspomina, jest refleksyjnie i mądrze, stąd tytuł albumu, gdzie szósta godzina nawiązuje do czasu sjesty, ale też symbolizuje szósty etap życia artysty. Tak, trudno uwierzyć, że Grzegorz Turnau przekroczył sześćdziesiątkę. I pewnie te osobiste wątki nie wyszłyby tak dobrze, gdyby nie artystyczna samodzielność, bo większość materiału to utwory autorskie. Jest też kilka piosenek do tekstów poetów, a wśród nich moje ulubione: „Nie skąp żartu” (Leszek Aleksander Moczulski), „Paskudna piosenka” (Bronisław Maj) i „Jeszcze jedna zima” (Józef Czechowicz).
„Szósta godzina” to smaczny kąsek dla fanów, którzy dawno nie słyszeli artysty w nowym repertuarze. I może nie ma tu wielkich hitów, to z płytą można się zaprzyjaźnić, bo mądre granie to ciągle u nas rzadkość.
7/10







