Skip to content
9 lis / Wojtek

Voice na żywo….nareszcie:-(

Dopiero w tym odcinku The Voice of Poland po raz pierwszy mogliśmy po raz pierwszy usłyszeć wszystkich uczestników podczas jednego koncertu. I co? No i wyszło szydło z worka, a raczej potwierdziło się to, co słychać było od pierwszej odsłony – ta edycja stoi na stosunkowo niskim poziomie. Co prawda p. Górniak uważa inaczej, twierdząc że to wyjątkowo udany sezon, ale uwagami tej pani nie można sie specjalnie przejmować. Aczkolwiek…..nawet jej zdarzają się czasami bardzo celne komentarze.

Zaśpiewanie uczestników w blokach drużynowych, pokazało olbrzymią różnicę pomiędzy zespołami. Mieliśmy więc do czynienia z ekipami, w tórych był tylko jeden interesujący uczestnik i takimi, w których zachwycali prawie wszyscy. I na tym niestety polega ułomność tego programu – tu nie przechodzi najlepszy uczestnik, tylko ten, który mieści się w „kluczu”. No cóż, nie od dziś wiadomo, że tego typu programy to rozrywka dla miłośników emocji, a nie wymagajacych melomanów 😈

Skupmy się jednak na wystepach, bo te, mimo wszystko, są dla mnie sensem programu. W pierwszej ekipie na 5 występów podobał mi się jedynie Piotr Tłustochowicz. Jego wykonanie „Uptown Girl” było interesujące. Szkoda jedynie, że wokalista nie zdecydował się na nieco niższą tonację, aby bardziej wyeksponować swój świetnie brzmiący baryton. Porywanie się na tonację tenorową i częstsze wykorzystywanie rejstru głowowego, to duża szkoda dla całości wykonania. Mimo wszystko to było na tyle ciekawe, że nawet widzowie poznali się na klasie wokalisty zapraszając go do następnego etepu.

W ekipie Edyty Górniak było jeszcze gorzej. Tutaj także podobała mi ię tylko jedna wykonawczyni, moja faworytka Ana Andrzejewska. Za to pozostali wykonawcy z tej ekipy wypadli wyjątkowo źle. Najbardziej szkoda mi młodziutkiej Julii Bogdańskiej, która dostała stanowoczo za trudną piosenkę, kompletnie nie dopasowaną do jej skali głosu i umiejętności. Potem jednak się okazało, że w tym szaleństwie była metoda – ludzie głosowali na tę piosenkę z bajki, zapewne większość głosujących, to grupa docelowa zaprezentowanego przez Julię repertuaru :mrgreen:

W druzynie Tomsona i Barona doszło do kliku sensacji. Zaczęło się od niespodzianki – podobały mi się aż DWIE wokalistki. To właściwie nie powinno dziwić, bo na tym etapie dobry występ jest być czymś oczywistym, jednak po dotychczasowych prezentacjach straciłem nadzieję. Podobały mi się Marta Moszczyńska i Ania Kłys. Szkoda, że jedna z nich musiała odpaść, dobrze jednak, że chociaż Ani udało się zostać w programie. To cieszy, bo ta wokalistka wcześniej mnie nie zachwycała, tym razem pokazała, że jej dojście do tego etapu nie było pomyłką. Brawo 😉 Sensacją był tutaj występ Tobiasza Staniszewskiego. Jego propozycja była tak koszmarna, że nie mogę uwierzyć, że wszyscy jurorzy go komplementowali. Pewnie dlatego też głosująca publiczność zapewniła mu awans do następnego etapu. Moim zdaniem to był najgorszy występ wieczoru – manieryczne śpiewanie pięknej, lirycznej piosenki z dziwnym, niezrozumiałym dla mnie frazowaniem. A już poprawianie melodii mistrza Nahornego, to duży nietakt. Po takim występie powinno się ogłosić alarm, że tak śpiewać nie wolno, że to był właśnie najlepszy przykład jaką krzywdę można zrobić piosence, jeśli chce sie pokazać wyłącznie siebie, a nie mądrość zaproponowaną przez autorów utworu. Aha, muszę się wytłumaczyć. W tego typu relacjach staram się unikać komentarzy negatywnych, wychodząc z założenia, że nie kopie się leżącego, nie mówiąc już o tym, że o gustach się nie dyskutuje. Jednak w tym przypadku, występu pod wieloma względami niedobrego, nie mogłem pozostać obojętny 😳

Najwięcej emocji było podczas występów w grupie Marii Sadowskiej. Tutaj podobały mi się 4 wykonania. Interesujące były 3 dziewczyny: Kasia Malenda, Asteya Dec i Sabina Nycek. Każda z nich zaśpiewała po swojemu, odważnie, muzykalnie, po prostyu dobrze. Na koniec zostawiono mojego faworyta do wygrania programu. Krzysztof Iwaneczko oczywiście potwierdził swoją klasę. Szkoda tylko, że przy okazji popełnił grzech wielu młodych wokalistów, którzy do jednej piosenki usiłują wcisnąć wszystko co potrafią. Bo to wykonanie było trochę przekombinowane. I tutaj zgadzam sie z p. Górniak, która też na to zwróciła uwagę. Mam nadzieję, że Krzysztof weźmie sobie do serca te uwagi, bo to przecież bardzo zdolny, mądry artysta.

Czekając na następne odcinki zadaję sobie pytanie – komu ma służyć ten program? Głównie lansują się tutaj jurorzy i prowadzący, korzyści ma też wytwórnia fonograficzna pilnująca tego interesu. A wykonawcy? Ci niestety są na ostatnim miejscu. Na szczęście uczestnicy poprzednich edycji powoli zaczynają się wyłaniać z niebytu. I to nie ci, którzy wygrywali. Przypominają o sobie ci wokaliści, którzy mają pomysł na swoją karierę, repertuar i determinację, żeby wdrapywać się na tę szklaną górę. Może więc tak musi być?

komentarze 2

zostaw komentarz
  1. Radek / 11 lis 2015

    Według mnie The Voice to i tak najlepszy polski program muzyczny, gdzie wciąż przede wszystkim liczą się uczestnicy i ich umiejętności wokalne, przynajmniej do etapu nokautów, kiedy telewidzowie nie mogą głosować 😛 Co do pierwszego odcinka na żywo, moim zdaniem najlepiej zaśpiewała Ania Kłys. Dziewczyna ma niesamowitą barwę, do tego śpiewa czysto i bez żadnej maniery. To co mnie urzeka w jej wykonaniach to to, że śpiewa bardzo spokojnie, jakby jej to nie sprawiało żadnej trudności, nie popisuje się, po prostu śpiewa, dostarczając przy tym ogromnych emocji. Niestety telewidzowie wolą rodzeństwo, w którym o ile chłopak jest naprawdę znakomity, tak dziewczyna totalnie do mnie nie przemawia, ma potworną barwę i psuje wszystkie ich wykonania. Nie rozumiem też zachwytów nad Krzysztofem Iwaneczko. Fakt, śpiewa bardzo dobrze, ma świetną barwę, ale jak dla mnie każde jego wykonanie jest przekombinowane, za bardzo się popisuje, jest totalnie zmanierowany, przez co do mnie w ogóle nie trafiają jego występy. Ale niech wygra (bo pewnie tak się stanie), wyda swój własny materiał i mnie przekona, że się mylę. Jeszcze a propos wczesnego/niesłusznego odpadania z programu -- bardzo podobało mi się to, co powiedział ostatnio Tomson w jednym z wywiadów, a mianowicie, że ktoś kto odpadł tydzień wcześniej, ma tydzień więcej na wejście do studia i nagranie własnego materiału. Trudno się z tym nie zgodzić. Program otwiera furtkę i daje ogromne możliwości każdemu z uczestników, a to jak każdy je wykorzysta, zależy tylko i wyłącznie od niego samego. Co zresztą potwierdza się od samego początku istnienia tego typu programów, gdzie zazwyczaj zwycięzcy przepadają w tłumie, a właśnie Ci, którzy odpadli wcześniej, odnoszą sukcesy. Poza tym bardzo ciekawy blog, pozdrawiam Autora 😉

  2. Wojtek / 12 lis 2015

    Dziękuję za ciekawy komentarz. Zgadzam sie z większością przedstawionych argumentów. Jednak z uporem będę bronił wyższości Must Be The Music -- tutaj najczęściej obcujemy z gotowym artystą, który wykonując własny repertuar od początku informuje nas kim jest. W przypadku osób startujących w konkursach z coverami więcej jest niewiadomych, bo mnie nie bardzo interesuja jaki kto ma głos, tylko co ma do powiedzenia na scenie. Zgadzam się, że VoP kreuje większą ilość znanych wykonawców. To częściowo wynika z konstrukcji programu i jego dużo bardziej widowiskowej formuły: przesłuchania w ciemno, bezpośrednie rwyalizacje, kradzieże, wybory widzów kontra wybory jurorów itd. W ten sposób uczestnik jest częściej obecny na akranie, więc w konsekwecji jego rozpoznawalność i ewentualne korzyści z niej wypływające są dużo większe. I jest jeszcze nibagatelny udział wytórni Universal, która mimo wszystko bardzo pomaga.
    Pozdrawiam:-)

Zostaw komentarz