Skip to content
6 wrz / admin

Vulfpeck – „The Beautiful Game” [RECENZJA]

Vulfpeck to stosonkowo młoda i raczej mało znana kapela amerykańska. Trafiłem na nią dość przypadkowo i bardzo szybko się zainteresowałem. Głównie tym, dlaczego zespół nie jest tak popularny, jak na to zasługuje?  To drugi album grupy i pierwszy „normalny”. Wcześniej Vulfpeck nagrał 4 EP-ki i pionierski album „Sleepify”. Chodziło o prowokację – Spotyfy dotychczas wypłacał tantiemy twórcom, których utwór był odtwarzany co najmniej 30 sekund. W związku z tym Vulfpeck nagrał album z 30- sekundowymi utworami, których treścią była cisza, namawiąjąc słuchaczy, aby tę płytę odtwarzali podczas snu. Ten projekt, jakkolwiek go oceniać, zrewolucjonizował w Spotyfy sposób wypłat tatiem dla artystów.

Członkowie kapeli poznali się podczas studiów muzycznych na Univeristy of Michigan, a połączyły ich występy w sekcji rytmicznej na koncertach organizowanych przez uczelnię. Zespół tworzy 4 muzyków (Jack Stratton – keybord, perkusja, gitara; Theo Katzman – gitara, perkusja; Woody Goss – keybord i Joe Dart – gitara basowa), a reprezentowane przez nich instrumenty nie informują, kto w kapeli gra „pierwsze skrzypce”. Jedynie jeden muzyk, basista, nie ma konkurencji. I po co to zamieszanie? Prawdopodobnie dzięki niemu mamy takie bogactwo muzyczne w każdym utworze. Mózgiem zespołu jest Jack Stratton – to on ma najwięcej do powiedzenia podczas komponowania i aranżowania utworów, ale taże jest wiodącą osobą w czasie nagrań i działań marketingowych.

Ta płyta zainteresowła mnie dużą świadomością muzyczną. Tu nic nie jest oczywiste, a inspiracje słychać cały czas. Głównie jest nią muzyka funky XX wieku, ale słychać też wpływy innych stylistyk, w tym także cytaty z klasyki. Tak, nie można mieć wątpliwości, że to świadomi tego co grają muzycy. Płyta rozpoczyna się zaskakująco. Inspirowany muzyką żydowską utwór wykonany na klarnecie zupełnie nie pasuje do tego, co usłyszymy  za chwilę, ale na pewno zachęca do ciekawej podróży z kapelą. Bo zaraz po tym wstępie słyszymy świetną piosenkę „Animal Spirit”.

Na płycie króluje głównie muzyka instrumentalna, chociaż nie do końca – często częścią koncepcji brzmieniowej są głosy towarzyszące, które nie śpiewają niczego konkretnego, a raczej „coś tam podśpiewują”. Słyszymy więc radosne, wręcz taneczne „Dean Town” i „Concious Club”, ale za chwilę kapela funduje nam klimaty „easylisening” w „El Chepe”. Są też typowe utwory fankowe, (wszak zespół do tej kategorii został zaliczony przez dziennikarzy): „1 for 1, DiMaggio” i mój ulubiony „Daddy, He Got a Tesla”.

Na tle muzyki instrumentalonej dominującej na płycie świetnie się pozycjonują  piosenki. Oprócz wspomnianej z początku płyty są jeszcze  „Aunt Leslie” i „1 for 1, DiMaggio”. Obie piosenki wykonuje zaproszony do współpraca wokalista Antwaun Stanley, który zresztą śpiewa  goscinnie z kapelą od początku. Z kolei w Animal Spirit śpiewa członek zespołu  Theo Katzman w towarzystwie Hristine Hucal, oboje także są kompozytorami piosenki. Towarzyszy jej zabawny, zrobiony domowym sposobem teledysk. Ciekawostką jest wyświetlany na ekranie dwujęzyczny  tekst, co może sugerować, że panowie mają ochotę na podbicie Azji.

Ten album tak mnie zainteresował, że zaraz sięgam po następne. To bardzo dobra, szkoda że mocno ukryta kapela. Ale taki przecież jest SHOWBIZNES. Na szczęście dzisiaj można zaistnieć niemalże na własną rękę, co panowie z Vulfpeck świetnie demonstrują.

9/10

 

 

Zostaw komentarz

*

code