Skip to content
28 mar / Wojtek

Whitney Huston – coverowa królowa

Powyższy tytuł ujawnia już, o czym będzie dzisiaj. Tak, to prawda. Whitney Houston, wielka idolka lat 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku, wykonawczyni wielkich hitów, nie stroniła od coverów. Na liście przebojów Billboard Hot 100 wokalistka umieściła sporo, bo aż 11 piosenek. Wszystkie z nich były przez wiele tygodni numerami jeden na wielu światowych listach przebojów, nic więc dziwnego, że nadal są w naszej pamięci, a wielu młodych artystów sięga po nie, próbując zmierzyć się z wielką legendą. Z tych jedenastu utworów 3 piosenki są coverami, czyli ktoś już przed Withney próbował te piosenki wylansować! Dlaczego więc wcześniejszym wykonawcom nie udało się osiągnąć tego, czego dokonała Houston?  Może ich wykonania były słabsze, a może zabrakło im czegoś innego? Przyjrzyjmy się każdej piosence.

               

„I will always love you” – piosenka nierozerwalnie kojarzona z Whitney Houston, po raz pierwszy została nagrana przez królową muzyki country Dolly Parton.

               

Wersja Whitney jest bardzo podobna, ale jednak inna. Piosenka pozbawiona jest pierwotnej stylizacji country, nie ma łkania gitar hawajskich, postawiono na nowoczesną, prostą aranżację. Dzięki tym zabiegom interpretacja wokalistki bardziej przekonuje. Wizerunek silnej, wierzącej w swoje uczucia kobiety, był chyba bliższy słuchaczom w tamtych czasach. Zresztą i dziś bardziej wolimy słuchać kobiety zdecydowanej, niż ckliwych wyznań miłosnych.

„Greatest love of all” – dla większości z nas, piosenka nr 1 Whitney Houston.

               

Jednak to nie ta wspaniała wokalistka jest pierwszą wykonawczynią tej pięknej ballady, bo jej autorem i pierwszym wykonawcą jest znakomity George Benson.

                

Wersja Whitney niewiele się rożni od propozycji Bensona – generalnie bardzo zbliżona koncepcja, podobne wykonanie i aranżacja, identyczne frazowanie. Jest jednak różnica – ścieżka wokalna. Głos wokalistki wyróżnia się tak mocno, że w decydujący sposób odróżnia to nagranie od oryginalnego. Nic w tym nadzwyczajnego, bo przecież w czasach swojej świetności Whitney nie miała sobie równych. Żadna jej piosenka dzięki niesamowitemu głosowi nie mogła przejść niezauważona.  Zresztą do dziś wokalistka zachwyca swoimi wspaniałymi warunkami wokalnymi i tym,  jak za pomocą swojego głosu, potrafi malować emocje. W tej piosence śpiewa dynamiczniej od Bensona, tempo utworu jest nieco szybsze, dzięki czemu my, słuchacze, dostajemy nową wartość. To znakomity przykład na to jak niewiele czasami wystarczy dodać, aby nadać utworowi inny, lepszy wizerunek. W tym przypadku owo „niewiele” to odpowiedni wykonawca.

“All the man that I need” to następna piosenka-znak rozpoznawczy Whitney.

 

Zapewne nie wszyscy wiedzą, że pierwszą wykonawczynią była mniej znana amerykańska wokalistka i aktorka Linda Clifford.

               

Tutaj, podobnie jak w poprzedniej piosence, różnica jest niewielka, z wyjątkiem „drobiazgu” jakim jest sama Whitney. Jej wykonanie jest bardziej dynamiczne, głównie dzięki interpretacji wokalistki. Czyli znowu siła niesamowitego głosu.

Przyjrzyjmy się jeszcze jednej piosence, także coverowi, która królowała na większości list przebojów w 1992 roku – „ I’m every woman”.

              

Któż nie zna tej piosenki? Chyba każdy zapytany odpowiedziałby, że to piosenka Whitney Huston, tymczasem jej pierwszą wykonawczynią była Chaka Khan.

               

Oba wykonania są bardzo podobne.  Dlaczego więc właśnie nagranie Whitney zawojowało świat, bo oprócz ładnego opakowania (nowoczesna aranżacja,  świetna komercyjna produkcja) niczym się nie wyróżnia?  Odpowiedź jest prosta: produkt profesjonalnie promowany sprzeda się dobrze, niezależnie od tego, jaką ma wartość. Akurat w tak niewymiernej dyscyplinie jaką jest sztuka, element promocji wielokrotnie już decydował o sukcesie średniej klasy filmu lub książki.

W  tych czterech piosenkach widać wyraźnie prawidła rynku. Do zaistnienia na scenie nie wystarczą talent i pomysł wyłącznie muzyczny. Każdy dobry artysta, aby został doceniony przez słuchaczy, potrzebuje potężnego zaplecza, które mimo, że jest elementem pomocniczym, najczęściej ostatecznie decyduje o efekcie finalnym, czyli sukcesie. Wniosek może być tylko jeden: nie bez znaczenia słowo „show” najczęściej zestawia się ze słowem „business”, bo ktoś, kto namówił Whitney Houston do zaśpiewania coverów, zapewne zrobił niezły interes.

 

Zostaw komentarz

*

code