Wiraszko – „Tak młodo się nie spotkamy” [RECENZJA]
Ten album pojawiał się w wielu podsumowaniach najlepszych polskich płyt ubiegłego roku. Nawet były zwycięstwa w kilku redakcjach, więc musiałem się zainteresować. I co? I nic. Płyta nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Ani dobrego, ani złego.
Michał Wiraszko mógł być znany z odnoszącego największe sukcesy 20 lat temu zespołu Muchy. To doświadczenie na pewno miało pomóc w karierze solowej, ale szkoda, że to, co artysta proponuje jest projektem w stylu „nostalgia za tym co już było”. Ta płyta mogłaby się pojawić kilkanaście lat temu, albo jeszcze wcześniej. Wtedy może byłaby interesująca. Teraz możemy tylko powspominać jak było kiedyś. Zresztą Wiraszko z tym się nie kryje:
“Chciałbym zabrać słuchaczy do czasów przewijania kaset ołówkiem, wieczornego słuchania list przebojów w radiu i czekania z palcem na REC, żeby nagrać ulubiony numer. Do świata, w którym muzyka była nośnikiem emocji, a nie tylko tłem. To opowieść o dorastaniu w latach 90. i 00., o tęsknocie, nadziei i emocjach, które nie tracą aktualności. Muzycznie – to spotkanie gitarowej szczerości z melancholią i nowofalowym pulsem. Prosto, ale z sercem. “
Tak, ten materiał można nazwać rekonstrukcją, więc jeśli kogoś ciągnie do czasów minionych, to pewnie będzie zadowolony. Dla mnie sensem tego albumu są jedynie dwa utwory: “To co kochasz, to co znasz” i “Nic osobistego”. Resztę przyjąłem do wiadomości.
7/10








