Skip to content
29 kw. / Wojtek

X Factor live

No i w końcu zaczęło się to, co jest solą widowiska telewizyjnego.  Skończył się program o ambicjach artystycznych, zaczął typowy telewizyjny wyścig i puszczanie oczka do widzów. Tak, tak, już w pierwszym odcinku na żywo wyszła cała prawda.

Ten odcinek miał być bardzo interesujący, bo w nim uczestnicy pokazywali swoje muzyczne inspiracje. Nawet jeśli wykonanie nie jest najlepsze, to na podstawie świadomego wyboru repertuaru można już co nieco o wykonawcy powiedzieć. I tutaj obronił się właściwie tylko jeden wykonawca.

Hatbreakers pokazali, że umiejętność zagrania światowego hitu sprzed lat to  coś znacznie więcej niż zwykłe odtwórstwo. Ich wersja była przemyślana, spójna i bardzo dojrzała. Chyba każdy średnio zorientowany meloman zna przynajmniej kilka wesji „Ain’t No Sunshine”.  Ja znam trochę więcej, w tym co najmniej kilka znakomitych. To co zaprezetowała kapela Hatbreakers spokojnie mieści się na liście wykonań interesujących. Brawo! Może jeszcze za wcześnie na spekulacje, ale nie zdziwię się, jeśli to oni wygrają tę edycję 😉

Z pozostałych uczestników najbardziej spójna wydaje się grupa młodych wokalistek. Tutaj grało wszystko – repertuar i wykonanie. Problem w tym, że w wersji z podkładem playbeckowym, zwłaszcza że koncepcja tego podkładu jest niejako narzucona, niewiele da się wykrzesać.  Magdalena Bal, jak zwykle zwróciła uwagę energią, aczkolwiek porwanie się na utwór nieśmiertelnej Janis Joplin świadczy o niezłej artystycznej świadomości. Daria Zawiałow była w tej grupie najbardziej dojrzała i świadoma swego występu.  Marta Bijan kontynuuje wątek tajemniczy, a to zawsze interesuje. Nawet mnie 😉

Największym zaskoczeniem było znalezienie się w dogrywce Artema Furmana. Jego występ był bardzo dobry. O co tym ludziom chodzi, że go nie polubili. Ale dzięki temu może właśnie widzowie mu pomogli, bo dodatkowy występ wokalisty pokazał jego wrażliwość i wielką muzykalność. To bylo baaardzo intersujące!

Szkoda, że z programem pożeganły się aż 2 osoby z grupy  28+. Zwłaszcza żałuję, że nie zobaczę już Joao de Sousa, bo to ciekawy wokalista. Jego występ był z gatunku strzelania sobie w stopę. Najpierw wokalista wykonał repertuar oczywisty, bo w jego języku ojczystym. Początkowo byłem zachwycony, że mogę usłyszeć mojego ukochanage Jobima w wykonaniu kogoś, kto te klimaty czuje zancznie lepiej niż my, Polacy. Kiedy jednak Joao wstawił parlando z wytłumaczeniem o co chodzi w tekście, a później jeszcze zaśpiewał po angielsku, to poczyłem, że facet próbuje robić ze mnie głupka. A gdzie w tym wszsytkim jest Pani Trenerka? To przecież Tatiana Okupnik powinna podpowiadać, inspirować i strzec przed robieniem glupot. A może to był sabotaż. Tylko po co?

 

 

Zostaw komentarz

*

code