Tytuł albumu nawiązuje do wydanego w ubiegłym roku „PCC 2.5”. Że druga część tego projektu? Ok. , mogę to zrozumieć. Ale dlaczego, przy tej okazji, artyści jeszcze raz męczą nas poprzednim krążkiem? Pomysł wydania albumu dwupłytowego, gdzie pierwszy to nowy materiał, a drugi jest powtórzeniem w całości wcześniejszej płyt to pomysł najgłupszy jaki w ostatnich latach widziałem.
Każdy album tego artysty to spotkanie ze sztuką. I nie ważne, czy słuchamy dłuższego albumu, czy EP-ki. Zawsze słyszymy artystę z dużą wyobraźnią, charakterystycznym głosem i dopieszczonymi w każdym takcie piosenkami.
Niedawno pisałem o albumie „Zrobiłem to dla siebie”, a tu, zaledwie po kilku miesiącach kolejny krążek. Dużo lepszy, jednak kompletnie nie wiem, w którą stronę artysta zmierza? Internety piszą o nim jako przedstawicielu rapu – i tak dotychczas było, kiedy Gibbs jako producent współpracował z kilkoma przedstawicielami tego gatunku. Kiedy jednak gra na swój rachunek porusza się w zupełnie innych obszarach.
Szósty album pokazuje, że ten 3-sosobowy zespół rozwija się znakomicie. Początkowo przedstawiciel muzyki niszowej, mieszanki kilku stylów, teraz coraz bardziej rasowy, ale nadal, a może jeszcze bardziej poruszający się w różnych stylach. Zresztą wystarczy spojrzeć na listę gości: Jill Scott, Rapsody, Robert Glasper, PJ Morton, Gretchen Parlato, Erin Bentlage, Christie Dashiel i Lalah Hathaway. To tylko część długiej listy, ale jeśli tacy artyści przyjmują zaproszenie, to chyba nie można mieć wątpliwości, że mamy do czynienia z zespołem nietuzinkowym.
Jeszcze miesiąc temu myślałem, że pierwszy raz nie zrobię podsumowania półrocza, bo nie było kandydatów. W ostatniej chwili coś się jednak poprawiło, więc lista jest. Krótka, ale dobrze, że chociaż taka.
5. Mata – „#MATA2040”
Jakoś tak się złożyło, że w tym roku powstało kilka bardzo długich albumów raperów, jako zbiór dwóch lub trzech płyt. I to jest straszne, bo w żadnym przypadku nie dopatrzymy się powodu dla powstania tak długiego wydawnictwa. Dużo lepszym pomysłem jest wydanie materiału krótkiego, tak jak niedawno zrobił to Miły ATZ. Bo chyba zdecydowanie lepiej zostawić słuchacza z niedosytem niż odczuciem: niech to już się skończy.
Okazuje się, że powiedzenie „muzyka łagodzi obyczaje” może mieć sens, bo to, co zrobił Jimek w swoim najnowszym krążku, to najlepsze potwierdzenie. Oto raperzy, którzy wcześniej znani byli z niewybrednego języka nagle spokornieli, a ich teksty są jakby mądrzejsze, bardziej dojrzałe.
Pomysł jest z pozoru prosty – do gotowej muzyki raperzy nagrają ścieżki wokalne ze swoimi tekstami, każdy po jednym utworze. Zaproszenie wielu znakomitych artystów prawdopodobnie odbywało się wg jakiegoś klucza, bo tu wszystko jest spójne. Często narzekam, że autor muzyki nagrywając album z wokalnymi gośćmi nie miał żadnego pomysłu na treść. Tutaj jest zupełnie inaczej – wszyscy panowie (Jimek nie zaprosił żadnej pani) docenili to spektakularne zaproszenie i podeszli do swoich utworów z należytym szacunkiem, ale też bardzo kreatywnie.
Lista gości to przegląd tego, co w polskim hip hopie wydarzyło się w ciągu ostatnich 30 lat. Mamy tu więc artystów uważanych za filary naszej sceny muzycznej, jest ich sporo, ale wypada wymienić wszystkich: Eldo, O.S.T.R., Pezet, Bedoes, Sokół, Rahim, Fokus, Molesta, Abradab, Wzgórze Ya-Pa 3. Nazwiska pozornie oczywiste, ale ryzyko spore, bo niektórym z tych artystów zdarzają się coraz częściej mielizny, jakby ich artystyczny byt polegał na odcinaniu kuponów. W tłumie tych znakomitości jest także powiew świeżości: Oskar 83 i Kosma Król. Zwłaszcza ten drugi, początkujący artysta, który ma już doświadczenia w nagrywaniu do nietypowej muzyki. Podobnie jest w przypadku Łony, który niedawno nagrał świetny album z muzykami jazzowymi. Jego „Etiuda nr 7” jest znakomitym zakończeniem tego bardzo interesującego albumu.
W muzyce klasycznej etiuda jest utworem do doskonalenia umiejętności technicznych, a wartości artystyczne, jeśli w ogóle są, najczęściej schodzą na dalszy plan. Chopin wprowadził tę formę to sal koncertowych, jego etiudy to do dzisiaj bardzo popularne, atrakcyjne perełki muzyki. Etiudy Jimka też na pewno nie są wprawkami technicznymi, a tytuł albumu może celowo oczywisty, może prowokacyjny, ale na pewno mamy przyjemność obcowania z prawdziwą sztuką!
9/10









