Skip to content
25 Kwi / Wojtek

VooVoo – „7” [RECENZJA]

Nigdy nie byłem fanem Wojciecha Waglewskiego, głównie z uwagi na jego irytujący i słaby wokal. Jednak ta płyta do mnie przemówiła. Bo nie ważne jakimi kto dysponuje środkami, ale jak je umiejętnie wykorzysta. Na płycie „7” Waglewski bardzo sprytnie zaplanował opisanie tygodnia, od środy do wtorku, stąd właśnie tytuł albumu. Rozpoczynająca „Środa”, również pierwszy singiel, jest zapowiedzią tego, co na całym albumie usłyszymy. A usłyszymy solidną muzykę.

czytaj dalej…

22 Kwi / Wojtek

O coverach (prawie) wszystko – „The Lady is a Tramp”

Piosenka, ciągle modna i wykonywana prze kolejnych popowych wykonawców, obchodzi w tym roku swoje 80 urodziny! Jej druga młodość rozpoczęła się w momencie kandydowania Donalda Trumpa, ale to tylko zbieg okoliczności, aczkolwiek świetnie wykorzystany. Warto więc przetłumaczyć tytuł piosenki – dosłownie powinno być kobieta jest wędrowcem (lub włóczęgą),  ale słyszałem też tłumaczenia słowa tramp jako lafirynda.

„The Lady is a Tramp” jest jedną z piosenek z musicalu „Banes in Arms” z 1937 roku. Utwór przeszedł szybko do historii z dwóch powodów. Pierwszym z nich była sama kompozycja, która stała się popularnym standardem. Jedną z pierwszych niescenicznych wersji jest nagranie orkiestry Tommy’ego Dorsey’a.

czytaj dalej…

20 Kwi / Wojtek

Idol w zapaści

Po pierwszym koncercie na żywo pisałem, że było nie najgorzej, co niektórych czytelników wprowadziło w zdumienie. Dzisiaj już tak łaskawie nie będzie – a prawdę powiedziawszy, to wczoraj wykonawcy nie mieli dla nas litości. Okazało się, że zmierzenie się z legendarnymi piosenkami jest chwilą prawdy dla każdego wokalisty. Po pierwsze, nie każdy może się za taki repertuar zabierać, bo wymaga on przemyślanej koncepcji i dobrej znajomości tego, co już wcześniej powstało. Wszystkie zaprezentowane piosenki są znane w dziesiątkach wykonań, niektóre prezentują poziom wybitny. I jak tu się zmierzyć z legendą? No nie da się. Jednak uczestnicy walczyli do końca. A im dłużej prezentowali swoje wersje, tym bardziej chciało się wyłączyć telewizor. Wśród siedmiu wykonań było zaledwie jedno, które byłem w stanie zaakceptować.

Patrycja Jewsienia już drugi raz zwraca moją uwagę, jako dziewczyna, która zawsze się solidnie przygotowuje. Każdą z prezentowanych piosenek przepuszcza przez siebie, próbując robić jakieś kreacje. I może wczorajsze wykonanie było lekko przekombinowane, jednak na tle pozostałych było interesujące. Najwięcej żalu mam do jurorów, którzy zamiast pomagać widzom w ich wyborach, w tym przypadku robią ludziom zamieszanie, bo ich opinie na temat Patrycji, mimo że pozytywne, to krótko przed ostatecznym rozstrzygnięciem były bardzo krzywdzące i tendencyjne. Zresztą tę niekonsekwencję widać było wyraźnie podczas dogrywki, w której fatalne, wręcz karykaturalne wykonanie Adriana Szupke niektórych jurorów nie zniechęciło. Dobrze więc, że widzowie wzięli sprawę w swoje ręce, bo gdyby wczoraj odpadł Adam Kalinowski, to byłoby to potwierdzenie, że nieważne jak zaśpiewasz, bo liczy się wrażenie, z którym tutaj przyszliśmy.

Wracając jeszcze do wczorajszych wykonań. Wielu piosenek nie dało się wykonać dobrze, bo były za trudne i za bardzo nacechowane wykonaniami oryginalnymi. Nie mogłem jednak uwierzyć, że dwoje całkiem dobrych wokalistów kompletnie nie poradziło sobie z utworami wdzięcznymi do śpiewania – chodzi mi o „Fly Me to the Monn” i „Your Song”. W kontekście marności tych wykonań zaskoczeniem były entuzjastyczne opinie jurorów. Być może na żywo słyszy się coś innego niż w przekazie telewizyjnym:-)

A tak w ogóle fenomenem dla mnie jest dotychczasowe niezagrożenie absolutnie najsłabszej uczestniczki.

18 Kwi / Wojtek

Lemon – „Tu” [RECENZJA]

tu mieszkanie, tu ściana, tu mieszkamy,
wszystko jakby marne, plastik…

Takie teksty się pamięta, bo to w jaki sposób Igor Herbut opisuje rzeczywistość jest bardzo interesujące.  Herbut zawsze był główną twarzą kapeli, bo to wszakże frontman. Jednak jego udział w ostatecznym kształcie albumu jest spory. Tym razem artysta postanowił trochę utrudnić słuchaczom, bo jego teksty są bardziej felietonami, przemyśleniami na konkretne tematy. Teksty są nieco dziwne, często przypominające prozę – to kolejny wyróżnik tej płyty. I właśnie ta chropowatość świetnie współgra z dobrze zagraną muzyką. Całości dopełnia charakterystyczny wokal Herbuta, dramatyczny, przejmujący, nie do podrobienia.  Artysta postawił na wyrazistą interpretację nie dbając zbytnio o barwę, alikwoty i inne technikalia, którymi przejmuje się większość wokalistów. I to stawia Herbuta w pierwszym rzędzie interpretatorów piosenki, śpiewając bardziej w stylu w jakim specjalizują się aktorzy, skupiając się na przekazaniu treści i emocji.

Ciekawą informacją jest, że tę płytę Lemon nagrał w studiu na tzw. setkę, czyli wszystko grane razem, bez dogrywek i wklejania fragmentów. I takie podejście zdecydowanie wpłynęło na autentyczność, prawie jak byśmy byli na koncercie. Tutaj każda piosenka robi wrażenie. I każda ma inną, swoją dramaturgię.

I znowu wracam do Igora Herbuta, autora repertuaru na tej płycie. Co prawda w większości piosenek jest on podany jako współautor muzyki, ale na podstawie tego co słychać można sobie wyobrazić, że kompozytorzy współpracujący mieli wpływ na ostateczne brzmienie utworów, głównie harmonię i warstwę brzmieniową. Najczęściej odnoszę wrażenie, że linia melodyczna nie jest tą jedyną i wersje koncertowe mogą się nieco różnić. Z takim sposobem komponowania, polegającym na tworzeniu ogólnej warstwy dźwiękowej, a potem dodanie wokalu, już się spotykałem. I to nadaje utworom zupełnie innych wartości, bo tu stawia się na ogólny efekt wyrazowy, a nie konkretne dźwięki melodii piosenki. W kilku utworach na pierwszy plan wysuwa się aranżacja i sposób zagrania, jak m.in. w „Tu” i „Myśl”. Z kolei „Papier” i „Full Moon” należą do mocniejszych, zwłaszcza ten pierwszy, lekko nonszalancki, ale robiący wrażenie. Moimi ulubionymi są „Akapit” i „Tak, nie” – utwory świetnie wykonane, z przemyślną koncepcją, a przy okazji mądre i wyraziste. I chyba pierwszy raz się zdarza, że moim ulubionym utworem jest piosenka wybrana na promującego singla. Ale tak właściwie to nie ma tu piosenki słabszej, wszystkie są po coś, i nawet jeśli nie są przebojowe, to dzięki spójności muzyki, tekstu i świetnego wykonania są na naszej scenie czymś wyróżniającym się.

Zespół Lemon wszedł do naszego SZOŁBIZNESU dzięki wygraniu Must Be The Music i pewnie niektórym się wydaje, że to wystarczający powód do wielkiej kariery. Tak jednak nie jest, o czym świadczy wielu zapomnianych triumfatorów większości talent show. Lemon wygrał program w wielkim stylu, ale jeszcze w większym stylu prowadzi swoją karierę – mądrze i bezkompromisowo. Ich czwarta już płyta pokazuje, że kapela nie ogląda się na preferencje wszystkomogących rozgłośni i gra to, co uważa za stosowne.

8/10

15 Kwi / Wojtek

Jamie Woon – „Making Time” [RECENZJA]

Jamie Woon brytyjską scenę zdobył swoim debiutanckim krążkiem i szybko stał się wydarzeniem. Dlatego byłem bardzo ciekawy jego drugiego albumu, bo jak pokazuje historia dopiero kolejne płyty, zwłaszcza druga, są papierkiem lakmusowym wielkości talentu artysty. I album”Making Time” z 2015 roku pokazał, że Woo jest artystą wybitnym.

Egzotycznie brzmiące nazwisko artysty to w Wielkiej Brytanii nic nowego, mimo że Jamie Woon jest rodzonym Brytyjczykiem. Podobnie jest  z wieloma artystami urodzonymi w Anglii, ale posiadającymi korzenie innych kultur, jak chociażby świetny Kiwanuka. I może właśnie w tej częściowo egzotycznej krwi tkwi lekka inność tych artystów?

To co na debiutanckim albumie artysty ledwie kiełkowało, wybuchło z całą siłą właśnie teraz. Woon demonstruje szeroki wachlarz stylistyczny – potrafi wykonać intymną balladę, ale też świetnie radzi sobie w klimatach bardziej komercyjnych. Niezależnie jednak od charakteru utworu artysta bardzo postarał się, aby piosenki brzmiały dobrze. Towarzyszący muzycy świetnie mu w tym pomagają. A największym zaskoczeniem jest udział Willy’ego Masona, który swoim charakterystycznym głosem stojącym w absolutnym kontrapunkcie do barwy Woona bierze udział w najlepszej piosence z płyty.

Za każdym razem kiedy słucham jakiegoś albumu, jedne piosenki bardziej mi się podobają, niektóre zauważam dopiero po kolejnych przesłuchaniach, jednak prawie zawsze płytę dzielę na moje ulubione piosenki (często jest to tylko jeden utwór) i resztę. I pewnie podobnie ma każdy słuchacz. W przypadku płyty „Making Time” nie jestem w stanie zrobić takiego podziału, bo oprócz wspomnianego „Celebration”, wszystkie utwory są tak dobre i interesujące, że grzechem byłoby bawić się tu w jakieś podziały. Tak dobrze dobranych do siebie piosenek i tak dobrze zrealizowanych już dawno nie słyszałem.

Pisząc tę recenzję nie mogłem uwierzyć, że w necie jest tak mało informacji na temat płyty „Making Time”, a brak klipów promujących album to absolutne zaskoczenie. Czyżby komuś zależało na zastopowaniu kariery artysty? A może on sam się do tego przyczynił? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że płyta „Making Time” jest świetna.

9/10